Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ep. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ep. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 sierpnia 2012

Mono Liza - Karuzela EP


Mono Liza - Karuzela EP
wydanie własne
2012

W zespole Mono Liza wszystko decyduje się samotrzeć. Anna Mysłajek odpowiada za wokal i teksty, Wojtek Zaborowski za instrumenty klawiszowe, a Wojtek Kurek gra na perkusji (nie tylko tutaj, także w Bubble Pie). Karuzela, czyli trzy utwory utrzymane w minimalistycznych, synth popowych klimatach inspirowane latami 80., gdzie na pierwszy plan wysuwa się charakterystyczny, mocny głos Ani. Ta reprezentatywność, jak zwykle w takich przypadkach, może oznaczać przekleństwo lub błogosławieństwo. Ja stawiam pół na pół. Początek nie należy do udanych. Niebo, najsłabsze w zestawie, gmatwa odbiór całości, a należy dodać, że piosenki Mono Lizy nie są specjalnie przebojowe, chodzi w nich raczej o atmosferę i klimat, czyli o czynniki dobrze wypadające zazwyczaj na koncertach; pierwsze zetknięcie się z wokalem Ani Mysłajek drażni, a spod zimnych klawiszy wyłania się obraz o słabej rozdzielczości, z rozmazanymi brzegami. Na szczęście potem zaczynamy wszystko od nowa. Dwa kolejne utwory: Karuzela i, w szczególności, Uciekam w sen (gdzie każdy z tria zasługuje na peany) wprowadzają elementy, o których mowa jest w opisie muzyki Mono Lizy, czyli transowość, psycho-folk i wpadające w ucho klawiszowe melodie, wciąż zanurzone w brytyjskiej, syntezatorowej muzyce lat 80. czy w naszym coldwavie, bliższe Aya RL niż całemu współczesnemu blichtrowi chillwave'u. I właśnie te dwie ostatnie piosenki dają nadzieję, że kolejne wydawnictwo tego andrychowskiego zespołu nie zostawi po sobie wrażenia "bliższej nieokreśloności".

niedziela, 29 lipca 2012

Rozgrzewka


Daniel Rossen - Silent Hour/Golden Mile 
Warp Records 
2012

Po tej EP-ce nikt już chyba nie będzie miał złudzeń i wątpliwości, że Grizzly Bear to przede wszystkim Daniel Rossen (wystarczy rzut oka na najpopularniejszy komentarz pod Silent Song na Youtube, by stwierdzić, że tak jest naprawdę). Sam Rossen wyrasta na jednego z najlepszych współczesnych songwriterów, w każdym ze swych zespołów, czy to Grizzly Bear czy Department of Eagles, demonstrując nieprzeciętne zdolności kompozytorskie. Nie inaczej jest na Silent Hour/Golden Mile, pięcioutworowej EP-ce, wydanej przez Rossena na własne konto, odświeżającej, niosącej nowe siły po twórczym wypaleniu jakie nastąpiło po trasie promującej Veckatimest, do czego ten przyznał się w rozmowie z Pitchforkiem, dając wyraz w otwierającym Up on High (In this big, empty room/Finally feel free). Właściwie każda piosenka z tej płyty mogłaby się, bez żadnych kompleksów, znaleźć na wydawnictwie dwóch wyżej wymienionych grup, co niektórym malkontentom daje oręż do hejtowania. Bronią się jednak same kompozycje. Tchnące duchowością Saint Nothing z tak charakterystyczną dla Rossena partią pianina, przywołującą dokonania macierzystego zespołu i Thoma Yorke'a, zwiewne, przebojowe i beatles'owskie Silent Song czy gorzkie i mroczne Golden Mile - to piękne utwory, a całość stanowi idealną rozgrzewkę przed Shields, którego premiera za niecałe dwa miesiące. 

Ocena: -8/10

środa, 6 czerwca 2012

Param - pam - pam



PARAMPAMPAM TRIO - EP
2012

Halo. Halo. Tu stacja Sundown Syndrome. Odbiór.

Meldujemy powstanie nowej załogi. Spoglądając przez projektor w olsztyńskim planetarium dostrzegamy trzech osobników, którzy, jeszcze w 2009 roku, powołali do życia formację Parampampam Trio. W jej skład wchodzą: Andrzej Koczan, Dariusz Dzwolak i Paweł Nałysnik. Na muzycznej mapie Olsztyna zdążyli znaleźć sobie miejsce w gwiazdozbiorze Improvisação. Zespół zagrał wiele koncertów, z których wyróżnić można m.in. występ w ramach akcji „Tu się movie” w olsztyńskim kinie Awangarda, gdzie zilustrował muzyką niemy film Charliego Chaplina „The Kid” (po naszemu Brzdąc), czy występ na olsztyńskim festiwalu improwizacji „Dzianie się”.

W międzyczasie zarejestrowali w całości zaimprowizowany koncert (a jakżeby inaczej!) w olsztyńskim pubie Zaułek, którego można odsłuchać na oficjalnym i jedynym bandcampie grupy. Ponadto członkowie zespołu realizują się w swoich jednoosobowych projektach, czy w konfiguracjach dwuosobowych z których powstały m.in. ilustracje muzyczne do wystaw, happeningów, przedstawień, czy remiksy utworów innych artystów. Andrzej Koczan tworzy jako Koczan, a przez wiele lat działał w zasłużonej dla sceny alternatywnej Ściance, Dariusz Dzwolak pod szyldem DDR tworzy szeroko rozumianą muzykę elektroniczną, a Paweł Nałysnik nagrywa psychodeliczno-melancholijne utwory jako Mazurskie Zioła. Parampampam Trio wydaje się być idealnym miejscem łączącym wspólne inspiracje, nie tak znowu odległe od siebie. A tak na marginesie, Dzwolak i Koczan grają razem w zespole Trzeszcz - też lubującym się w psychodelii. 

EP-ka, którą trio zarejestrowało w marcu tego roku, nasiąknięta jest dźwiękami wywodzącymi się z rockowej psychodelii lat 60., post-rocka i zbudowana, przede wszystkim, w oparciu o improwizację - napędzającą cały ten kram. Przeszłość tkwi w przyszłości. Każdy z utworów napędza transowa perkusja wzbogacona o gitarowe eksperymenty: pulsujący bas w Dzikich tańcach czy dźwiękowe, elektryczne odjazdy przy użyciu efektów w Na czworakach na piętakach na szóstakach. Z kolei Ta suka to wyczyszczona? zaskakuje (?) elektroniczną końcówką (ten znak interpunkcyjny ma charakter antonimiczny, gdyż osoby zapoznane z koncertami olsztyńsko-kętrzyńskiego tria, widziały nieraz więcej niż trzy podstawowe instrumenty). Na jesień zaplanowana jest premiera płyty długogrającej. Kolejne rzeźbienie w dźwięku.

Sprawdzić trzeba! Jak mawia mój kolega: Jest jazda! 

Bez odbioru.




EP-ka do słuchania i pobrania (zapłać ile chcesz) w internecie na stronie: http://parampampamtrio.bandcamp.com/

Myspace: http://www.myspace.com/parampampamtrio

niedziela, 25 marca 2012

Hanetration - Tenth Oar EP


Hanetration - Tenth Oar EP

Nie wiadomo kto dokładnie kryje się pod tym pseudonimem. Jedyną pewną informacją, którą dysponujemy, jest ta, że Hanetration  pochodzi z Londynu i konto na Facebooku założył 12 marca tego roku. Wszystkie pozostałe fakty, ciekawostki i podstawowe informacje (imię, nazwisko, wiek) pozostają rozmazane, zamglone jak okładka tej czteroutworowej EP-ki. A te cztery utwory to dobry powód, by artystę, schowanego za ekranem monitora, zapytać o wiele istotnych rzeczy.



Na początek wita nas królewski Rex z poszatkowanymi wokalami, orientalnym klimatem, odgłosami fletów, by po kilkudziesięciu sekundach wprowadzić syntezatorowy motyw, który zostanie z nami niemal do samego końca. Alarm pulsuje jednostajnie, a w głębi relaksujące warstwy synthów wprowadzają niesamowity, wręcz hipnotyzujący klimat. Rufus to pozycja istotna dla każdego fana IDM i maniaków clicks & cuts. Zamykające Wreck to utwór najspokojniejszy; zapętlona perkusja i "wyjące" dźwięki penetrują każdą Twoją myśl. Cała EP-ka mieści się na pograniczu kilku muzycznych gatunków: wspomnianego IDM, glitchu, ambientu i drone.

Hanetration jest także autorem mikstejpu dla bloga/labelu Homeless Mind Theory. Na trackliście m.in. Dawid Szczęsny i jego Hook Up. Z całą pewnością Tenth Oar to jedno z najciekawszych i najbardziej intrygujących tegorocznych wydawnictw. Szczególnie pięknie jest "słyszeć ją" na słuchawkach - każdy detal zostaje odnotowany i zapamiętany.

EP-ka do ściągnięcia za darmo! Kliknij tutaj.

Bardzo gorąco polecam!!!

niedziela, 5 lutego 2012

Kosmiczny cukier w kostkach

fot. Dagna Majewska

Space Sugar
wydawnictwo własne
2012


Życie na Ziemi nie wzięło się od tak - bach! bach! - i dinozaury, sosny, baobaby. Tkwi w tym coś głębszego, osnutego mgłą tajemnicy niedopowiedzenia. Na naszej pięknej planecie, kiedyś nie było niczego, co można by nazwać żywym i zachwycającym, aż do momentu, gdy niebo zostało rozdarte przez płonące kule! Z wielkim hukiem spadło na Ziemie życie, wydrążając w litej skale Żuławy Wiślane. W kapsule jaka spoczęła na dnie tej wielkiej depresji, ulotnił się cukier w najczystszej postaci, czyli lodowego kandyzu. Ów cukier rozprzestrzeniał się po kuli ziemskiej z prędkością dotąd nieznaną. Nagle wszystko zatrzęsło się, zawyło niebo, wzburzyły się wody i spękała ziemia, a w okolicach dzisiejszego Gdańska wyrosło pierwsze cukrowe drzewo, dające owoce zwane Kosmicznym Cukierkiem. Milion lat później, pra pra pra (jeszcze tak kilkaset razy) wnukami tej życiodajnej materii cukru są członkowie Truj-miejskiego zespołu Space Sugar, karmiący nas tymi słodkimi owocami.

Jeżeli miałbym do wszystkiego odnosić sądy a priori, to okazało by się, że Space Sugar to kolejny zespół powielający gitarowe granie, jakiego w naszym kraju pełno (nawet u mnie za szafą się schowało) i nie należy zawracać sobie głowy sześcioutworową EP-ką kwartetu z Truj-miasta. Na szczęście w życiu kierujemy się najczęściej tymi drugimi sądami - a posteriori - dzięki czemu nie ufamy ślepo w idee, wzory czy teorie nie mogące się poddać doświadczeniu, stojące po drugie stronie, daleko od rzeczywistości. W świecie muzyki bywają jednak przypadki, co prawda nieliczne i pozbawione znamion świętości, których dźwięki można przyjąć za niepodważalny dowód na istnienie istot wyższych od nas o co najmniej dwie mile, tworzących muzykę popularniejszą od papierosów, taką, którą jesteśmy w stanie wpuścić do naszych domów bez zbędnych słów, bez zmysłowych doświadczeń "przed", mówiących wprost: rozgość się, rozbierz i tak w ciebie wierzę. Czy taka przyszłość czeka też Space Sugar? Raczej nie. Lecz pomimo pesymistycznego wydźwięku jakim pomalowane było poprzednie "nie-zdanie", trzeba choć na chwilę zawiesić ucho na rzeźniczym haku, by móc - w konstrukcji "od szczegółu do ogółu" - znaleźć dobre, gitarowe mięso - bez sztucznych ulepszeń - łechcące nasze podniebienie i zmysły. A takiego na debiutanckim wydawnictwie Space Sugar nie brakuje. 

Tańczyli na tej samej scenie co Őszibarack  i słodzili nastroje tych, którzy czekali na Marcina Świetlickiego i jego Świetliki. Oficjalna premiera płyty odbyła się całkiem niedawno, bo 28 stycznia 2012 w gdańskim klubie Żak. Space Sugar tworzą: Anna Szuchiewicz, swoim wokalem gwarantująca doznania na takim samym poziomie co podczas użycia wyrywacza serc. Znakomity wokal, co w zasadzie nie powinno dziwić, bo Ania - mieszająca przeszłość i teraźniejszość pomiędzy Space Sugar, a innymi projektami m.in. Hator Hator (interesujący elektroakustyczny duet z Dawidem Adrjanczykiem) i zespołem Poghanky - pokazuje moc swego głosu w przeróżnych konfiguracjach. Pozostali członkowie, równie ważni (lecz kobiety mają pierwszeństwo), to: Maciek Lubieniecki, gitarzysta i trębacz, znany z Tour de Mars, Jan Paszak - basista i zodiakalny byk oraz były reporter Radia Bagdad, perkusista Robert Kiesz.

Space Sugar debiutuje, ale muzyczne doświadczenie poszczególnych członków zespołu powoduje, że nie brzmią jak debiutanci. Brak w tych dźwiękach zachowawczych ruchów, szukania własnego miejsca i błądzenia po omacku po przeróżnych stylistykach w nadziei na uczepienie się jednej z nich długimi, posypanymi cukrem pudrem, rękoma. Zespół istnieje w uporządkowanym świecie, który sam stworzył za pomocą atawistycznych środków jakie przyniosła im muzyka ich ulubieńców z zamierzchłej i tej bliższej przeszłości. Z ciszy budzą nas opadające na twarz niczym jedwabny fular pojedyncze uderzenia w strunę - tej od gitary basowej Janka Paszaka. Tempo nie jest specjalnie mistrzowskie, nikt na siłę nie ściga się Dave'em Lombardo, chodzi raczej o okiełznanie smutnej atmosfery, którą wnosi tytuł (Can you reach me) i trąbka Macieja Lubienieckiego (fani alternatywy kojarzą jego instrument z debiutu Tobiasza Bilińskiego vel Coldair). Can you reach me to taki aperitif pobudzający apetyt przed daniem głównym, który widzę w Gangrenadzie, bo jej początek przenosi mnie w czasy, gdy grała jeszcze kapela Ride, i z całą pewnością jest to najbardziej przebojowy utwór na tej EP-ce. Ten shoegazowy, efemeryczny ślad pojawia się także w końcówce Smudge. Niki to cukier słodki (800-2000 mikronów), przyjemnie melodyjny. Z kolei takie Four of us bardzo przypomina mi bydgoski George Dorn Screams. EP-ka Space Sugar to nie zabawa z przyłożeniem baterii do języka, taki delikatny prądzik.. Tutaj mamy do czynienia, z przenośnym agregatem, elektryzującym włosy.. Ciągle się nabieram, że ten miły, kojący, ciepły głos mnie pochłonie i otuli, zostawiając szczęśliwego na zimnej podłodze - jedynym prawdziwym punktem rzeczywistości. Lecz nim zupełnie okryję się i zapadnę w nim, dostaję w twarz liściem pokrzywy i znów jestem człowiekiem w żelaznej masce, która przewodzi prąd. Trudno jest jednak z precyzją zaklasyfikować Space Sugar do jednej z szufladek. Alternatywa, rock, indie czy inne srindie - zespół z Truj-miasta brzmi po swojemu i chwała mu za to.

Obiecująca droga, na którą weszli muzycy Space Sugar może zaprowadzić ich naprawdę wysoko. W międzyczasie mile widziane są wszelkiego rodzaju fanaberie. Ciekawi mnie jak wypadłby Truj-miejski zespół w kompozycji z polskim tekstem. Brakuje mi także większej ilości petard w stylu Gangrenady lub rowerowych wycieczek w stylu Tour de Mars. Jest wiele możliwości, każda z nich dostępna. Na początek idą remiksy ich piosenek w wykonaniu innych twórców (pierwszego można posłuchać na profilu Soundcloud zespołu - Four of us w interpretacji Seba Bruena). A za rogiem czai się inny projekt - młode trójmiejskie zespoły pod patronatem Radia Gdańsk przygotowują materiał rewitalizujący legendarną Czarną Płytę Brygady Kryzys. Space Sugar doda od siebie przysłowiowe trzy grosze.

Mamy pierwszą w tym roku polską EP-kę, która warta jest poświęcenia tych kilkunastu minut wolnego czasu. A jeśli nie podoba się Wam wasza praca, to tę gorzką pigułkę osłodźcie muzyką Space Sugar. Wydajemy zezwolenie na uwodzenie.

Space Sugar - strona oficjalna, gdzie można zakupić EP-kę - do czego Was gorąco zachęcamy.

czwartek, 22 grudnia 2011

PODSUMOWANIE ROKU 2011: EP-ki


Akt II, w którym przedstawimy najciekawsze naszym zdaniem wydawnictwa krótkie lecz treściwe.



DARKSIDE - DARKSIDE [EP]

Ten poboczny projekt młodego producenta Nicolasa Jaara ma w sobie coś, co przyciąga uwagę słuchacza. Nie wiem czy jest to gitara Dave'a Harringtona, ale utwory zatytułowane jak polskie autostrady, których nie ma, kradną nam czas tak jak bramki na autostradach kradną pieniądze. Ta trzy utworowa EP-ka wydana w powołanej przez Jaara wytwórnii Clown & Sunset mieni się tym specyficznym minimalizmem środków, które kojarzymy z debiutanckiego albumu Space is only noise, bluesowo-swingującą gitarą i atmosferą niedokończonych guseł. Chłopak ma wielki potencjał, większy niż zachwalany tu i ówdzie Blake. 

 


TORO Y MOI - FREAKING OUT

To jest kierunek, którego powinien trzymać się Chaz Bundick. A szczególnie takiego, który kierował go w pisaniu I Can Get Love. To chyba jeden z najlepszych numerów Toro Y Moi jakie do tej pory słyszałem. Cała EP-ka to świetna taneczna rzecz ewokująca pierwsze nagrania tego gościa (patrz: My Touch czy nawet pojedyncze momenty Causers of This). Oprócz tego mamy tu także zacny cover Cherelle i Alexandra O'Neala Saturday Love. Dużo tu Michaela Jacksona (Sweet, Freaking Out) z czasów, gdy ten dopiero przymierzał koronę króla popu. Podsumowując, Freaking Out słucha się o wiele przyjemniej niż tegorocznego longplaya Toro Y Moi - Underneath The Pine. Właściwie nic więcej nie muszę już dodawać.

 


SWEATER BEATS - THREADS VOL.1

Bohater tej niedługiej notki nazywa się Antonio Cuna i już dwukrotnie zmieniał muzyczny pseudonim. Od Isweateverybody', po prościutkie Sweaters (okazało się jednak, że istnieją dwa inne zespoły o takiej samej nazwie) aż w końcu wymyślił Sweater Beats, co wydaje się być dwoma najodpowiedniejszymi słowami określającymi styl i charakter muzyki tworzonej przez Amerykanina. Jako że przyszły rok ma być ostatnim w historii świata, Cuna nie próżnuje i wydaje kolejne mini-albumy i single. W tym roku do naszych rąk trafiły dwie wspaniałe EP-ki obracające się w dwóch różnych stylistykach. 

EP-ka Threads Vol.1 to zapowiedź serii wydawnictw, inspirowanych muzyką R&B, west coast funk i latami 80. Moje największe uznanie zdobyły utwory, gdzie śpiewa Sunni Colon. Ten zdolny młodzieniec nadaje piosenkom Sweater Beats soulowego pazura, o czym można się przekonać w utworach True Connection czy zamykającym Outro. A wszystko to za free. Więc nerwy "Oburzonych" pozostaną nietknięte; wreszcie jest coś na co ich stać.



THE FLAMING LIPS - STROBO TRIP

Ekscytowałem się pod koniec września sześciogodzinną piosenką Amerykanów, a Ci zaledwie miesiąc później wyskoczyli z utworem całodobowym (dla fanów ekstremalnych). Ten fakt jeszcze raz przypomniał, że z The Flaming Lips nigdy nie możecie czuć się pewnie. Strobo Trip znalazła się w tym zestawie, bo zawiera to, co u flamingów najlepsze, czyli kocioł, w którym mieszają się: psychodelia, kraut, cudowny ambient, masywne drony i motywy powtarzane w nieskończoność. Teraźniejszość po Embryonic jest stroboskopowa. I Found a Star On The Ground - kapitalne. 24-godzinny maraton zostawię sobie na później. 


DREKOTY - TRAFOSTACJA

Dlaczego ta EP-ka jest taka dobra? Pisaliśmy o niej tutaj. Zdania (a nawet zdań) nie zmienimy. Projekt Drekoty podrapie pazurami Polskę. W oczekiwaniu na debiutancki album, chłopaki - weźcie swoje dziewczyny pod ramię i idźcie na koncert Drekotów. Jeżeli nie macie kasy, to słuchajcie radia i głosujcie na Masłem. A za tych, którzy nie mają radioodbiorników (i nie posiadają internetu), mogę się jedynie pomodlić. 



KING KRULE - KING KRULE

Chłopak jest młodszy ode mnie o klika lat. Na początku mi to nie odpowiadało, ale gdy usłyszałem The Noose of Jah City, pogodziłem się z faktem, że nie reprezentuję już hasła: młodość idzie! Archy Marshall ma siedemnaście lat, pochodzi z Wielkiej Brytanii i niewiele osób wiedziało, że taki człowiek istnieje. Do momentu, gdy nastolatek zmienił swój muzyczny pseudonim (z Zoo Kid na King Krule), a jego EP-kę King Krule wydał label True Panther. Dziś mówi się o nim jako o nowej muzycznej nadziei. Świetna barwa głosu, ciekawe teksty i towarzysząca im muzyka, ubrana w te same markowe ciuchy. Warto mieć go na oku. 



HEROIN IN TAHITI - DEATH SURF

Zamazana przez błękit nieba głowa tahitańskiej tancerki i jej partnera, tańczących na czarnym piasku to dobra wizualizacja tego, co dzieje się po połączeniu muzyki z heroiną. Nie wiem czy nad włoskimi kurortami można poserfować (bo właśnie z Italii pochodzi Heroin In Tahiti), lecz jestem pewien, że fale obmywające wyspy Polinezji Francuskiej (w tym i Tahiti) to prawdziwy raj dla miłośników tego adrenalino-żartego sportu. Niejeden martwy surfer zacumował u brzegu małej wysepki. Death Surf, czyli gitarowe drony z domieszką słońca i deski surfingowej. 



HATTI VATTI - YOU

Piotr Kaliski ubrany w białą, świeżo pachnącą koszulkę z Sonic Youth proponuje polskim słuchaczom dubstep. Dubstep z minimalem. Ten producent i dj (twórca wytwórni Kanu Kanu) tworzy dźwięki idealnie skrojone pod nocne wędrówki ulicami polskich miast. Utwór tytułowy, You, to jedno z przyjemniejszych, tegorocznych doznań (przepraszam za to słowo). Na scenie i w studio stale współpracuje z wokalistką Sarą Brylewską, za live-actowe wizualizacje odpowiada twórca teledysków Maciej Salamon. Muzyka wielkich miast przyfrunęła do nas dzięki liniom Ryanair. 

Hatti Vatti feat. Cian Finn - You


AUTRE NE VEUT - BODY

Nie będę wtrącał trzech groszy do dyskusji o okładkę Body. Wolę zająć się muzyką. EP-ka ta, to logiczny krok naprzód. Fantastyczne, singlowe Sweetheart świeci jasno (początek zawsze kojarzy mi się z GGD), duet z She Wolf to naturalny pierwiastek debiutu. O jeszcze jednym pierwiastku z tablicy Mendelejewa warto wspomnieć: lo-fi, gdzieś wyparowało, ustępując miejsca lepszej produkcji. Body trwa trochę ponad 12 minut, ale ciągłe repeaty wydłużają trwanie tego krążka do kilku godzin. Pop i R&B w rękach tego pana kształtuje się w rzecz nietuzinkową i ... intrygującą?!



KRISTEN - AN ACCIDENT

Rok po wydaniu Western Lands, szczeciński zespół atakuje 4-utworową EP-ką. Atakuje skutecznie, rozbijając na proch myśli o darowaniu sobie tego krążka. Muzyka gitarowa w Polsce ma kilku godnych reprezentantów, a Kristen jest wysuniętym pomocnikiem, obdzielającym podaniami jedynego napastnika. Muzyka tej grupy ewoluuje powoli, ale konsekwentnie. Hałas przesterowanych gitar próbuje przykryć delikatne melodie, które wychodzą spod palców Bieli i Łukasza Rychlickiego. Co tu więcej pisać - gitary 2011 made in Poland

wtorek, 8 listopada 2011

Robot House!!!

fot. Zbyszek Tyczyński

Robot House - EP
wyd. własne
2011

Moje wspomnienia dotyczące Wrocławia nie należą do najprzyjemniejszych; zbyt długa przechadzka ulicą Traugutta, przebiegający drogę manifestanci w tęczowych kolorach i obrażalska kłódka, która za nic w świecie nie chciała zatrzymać się na Moście Tumskim. Ktoś powie, że chodzę złymi drogami; że powinienem sprawdzić wrocławskie piwnice i szpitale. A co tam takiego ciekawego, panie? - pytam. Robot House!!!

Było nas trzech, w każdym z nas inna krew... No, można tak powiedzieć. Zespół jest dziełem trójki przyjaciół (Szymon Smolak, Marcin Kucharczyk, Krzychu Birowski), multi multiinstrumentalistów, którzy wychodząc od niezobowiązującego grania, pragną zdobyć władzę nad światem. By to się udało, zaprosili jeszcze dwójkę ludzi: Julcię Kwietniewską i Zbyszka Tyczyńskiego, który aktywuje wszystko to, co ma klawisze - nawet te więzienne. Ich wydawniczy dorobek jest skromny, ale to tylko dlatego, że nie wcisnęli jeszcze wszystkich przycisków na konsoli sterującej. W tym roku wydali swą pierwszą EP-kę, na której znajdują się trzy utwory - ich energia zasiliłaby niejedną śląską elektrownię opalaną węglem kamiennym zastępując szkodliwą dla środowiska mieszankę gazowych odpadów unoszących się nad okolicą, trujących mieszkające nieopodal gżegżółki. Robot House!!!

I tak mamy utwór Venus, nad którym mecenas sprawuje sam Botticelli. Jako że tytuł zobowiązuje, to za mikrofonem stanęła kobieta (Julcia Kwietniewska). Gitara elektryczna jest "cięta", wtóruje mu rozkołysany bas i perkusja, a cała trójka stara się dostroić do intrygującego wokalu śpiewającej Wenus. Udaje się im to znakomicie po niecałych dwóch minutach, kiedy rozpędzone instrumenty i wokal Julci stapiają się, tworząc jedną, gorącą substancję. Jeszcze mocniej i goręcej jest w utworze rozpoczynającym - Bond. Twórcy najnowszego filmu o agencie Jej Królewskiej Mości być może nie mają jeszcze zakontraktowanych wszystkich artystów do soundtracku - pora pomyśleć o Robot House. Dwie minuty instrumentalnego, wykalkulowanego (tak!!!) gitarowego jazgotu, przywołującego na myśl Sonic Youth, ma w sobie wystarczającą moc, by nie zdechnąć za rogiem. Chanting - czyli marynarskie szanty w wykonaniu Miroslava (Blisko Pola), śpiewane w czasie  wyprawy po Morzu Diabelskim.  To tyle, jeśli chodzi o EP-kę. Zespół pracuje nad nowymi kompozycjami (pełno pary i zapachu potu w powietrzu), a dwa rezultaty tego pracoholizmu można odsłuchać na ich Fejsbuku. Człowiek to kawałek zaśpiewany po polsku, z basem czyszczącym niskie rejestry dźwiękowe i z synthami w ostatniej fazie biegu. Czuje się jak żywy manekin. I na koniec Podejrzany, podejrzany czyli bezsłowna opowieść o IV RP pisana noise'ową gitarą, maczaną w post-punkowym atramencie. Jedyny zarzut to brak większej ilości partii wokalnych, ale to dopiero początek, więc... na wstępie wszystko zostaje wybaczone. Najważniejsze, aby chwyciło. Egzamin dopiero przed nimi. Zaliczenie już mają. Robot House!!!

Projekt graficzny: Andrzej Drohomirecki
Dlatego też wcale nie zdziwię się, jeżeli Ty albo Ty z lewej usłyszycie o nich w najbliższej przyszłości. Ba, jestem nawet o tym przekonany. Jeżeli nie, to - cytując kluczowego bohatera Futuramy - bite my shinny metal ass. Robot House!!!

sobota, 15 października 2011

Ulepimy słodkie bity!


Sweater Beats - Scenes In a Dream EP/ Threads Vol.1 EP
2011

Te dwie dostępne zupełnie za darmo EP-ki pozwalają słuchaczowi przenieść się na klubowy parkiet, bez konieczności wydawania pieniędzy i stania w długiej kolejce z bardzo realną możliwością nie spodobania się wpuszczającemu do lokalu "gorylowi". 

Bohater tej niedługiej notki nazywa się Antonio Cuna i już trzykrotnie zmieniał muzyczny pseudonim. Od Isweateverybody', po prościutkie Sweaters (okazało się jednak, że istnieją dwa inne zespoły o takiej samej nazwie) aż w końcu wymyślił Sweater Beats, co wydaje się być dwoma najodpowiedniejszymi słowami określającymi styl i charakter muzyki tworzonej przez Amerykanina. Jako że przyszły rok ma być ostatnim w historii świata, Cuna nie próżnuje i wydaje kolejne mini-albumy i single. W tym roku do naszych rąk trafiły dwie wspaniałe EP-ki obracające się w dwóch różnych stylistykach. 

Nagrywane na początku 2011 roku Scenes In a Dream to trzy utwory inspirowane disco housem, french touchem i synth popem. Śliskie macki Breakbota i Onry są wyczuwalne w dźwiękach wydobywających się z głośnika. Wszystkie te sceny odbywające się w śnie Antonio Cuny mają w sobie wysoki poziom funkowego i tanecznego podbicia, skąpanego w stanowczo za dużym stężeniu seksapilu i erotycznych ruchów kobiet przypominających nastoletnie wcielenia Emmanuelle Beart. Fantastycznie wypada utwór What You Need, gdzie chwytliwie-funkowa gitara towarzyszy wokalnemu duetowi Colon/Dank - stałym współpracownikom Cuny, który oddał im klucz do słów swoich piosenek. 

 

W sierpniu ukazała się druga EP-ka. Threads Vol.1 to zapowiedź serii wydawnictw, inspirowanych muzyką R&B, west coast funk i latami 80. Moje największe uznanie zdobyły utwory, gdzie śpiewa Sunni Colon. Ten zdolny młodzieniec nadaje piosenkom Sweater Beats soul'owego pazura, o czym można się przekonać w utworach True Connection czy zamykającym Outro. A wszystko to za free. Więc nerwy "Oburzonych" pozostaną nietknięte; wreszcie jest coś na co ich stać. 

 

Sweater Beats oddał także hołd zmarłej przed dziesięcioma laty, legendzie amerykańskiej muzyki R&B Aaliyah. Jego utwór Like that znalazł się na składance Sunrise Blend przygotowanej przez nowo powstały francuski label Juicy. Sprawdźcie oba tracki, bo warto!

Ocena: 

Scenes In a Dream -7/10
Threads Vol. 1 +7/10

wtorek, 20 września 2011

Promocja

zdj. Peve Lety

Otrzyjcie już łzy żałobne... Nie ma sensu dalej płakać i pisać petycji do Rzecznik Praw Obywatelskich. Indigo Tree nie ma i nie będzie. Idzie nowe. SWNY, czyli Peve Lety,  Michał Kupicz (ex Indigo Tree) oraz Adam Byczkowski (Kyst), prezentuje pierwsze wydawnictwo ich wspólnego projektu. EP-ka Among Shores jest do pobrania za darmo na stronie bandcamp SWNY

wtorek, 19 kwietnia 2011

Leno Lovecraft - EP #1


Leno Lovecraft - EP#1
Maman Records
2011

Wiosna wybuchła wszystkimi kolorami, więc muzyka nie może tego przespać. Debiutancka EP-ka Leno Lovecraft to przykład najbardziej kolorowy i zakręcony, gdyż takiej dawki pozytywnych i tanecznych kawałków nie słyszałem od dawna. Już sama okładka zwiastuje napływ cieplejszych mas powietrza nad Polskę. La dolce vita!

sobota, 26 marca 2011

DREKOTY - Trafostacja EP


Drekoty - Trafostacja EP
2011

Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc, bo gdyby nie chcąc to raczej by nic się nie pisało. A jak się pisze to najlepiej z chęci, a nie z przymusu. No i co, no i dobra, zacznijmy :)


Drzeć koty można naprawdę z wielu powodów, z błahych i tych naprawdę poważnych. Drzeć koty można również w sposób artystyczny, ale trzeba spełnić dwa warunki:
 - po pierwsze primo - należy uczęszczać do szanowanej uczelni.
 - po drugie primo - należy mieć żyłkę artystyczną (jak bohaterka naszej recenzji)

Wiem, wiem ciężkie kryteria, ale cóż, tylko wybrańcy mogą się dostosować. Drą koty i to zazwyczaj same koty; kto kota miał wie, że to zajadłe bestie i rany goją się okropnie kiepsko. Taki symbol zajadłości waśniowej, darcie kotów... A gdyby tak stanęli na przeciwko siebie i artystycznie podarli maskotki kotów, na zgodę? - nasza najwyższa władza podarła by całego "smyka" kotów i uścisnęliby sobie dłonie, dochodząc do porozumienia ws. reformy emerytalnej. A gdyby symboliczne koty rozdarli pomiędzy siebie Mr. Kaddafi z całą koalicją przeciwko niemu... I ropa by była, i pokój by był, i złotem by się podzielili i wszystko byłoby naprawdę ok. Z kotem pod pachą można podejść do sąsiada i przyznać: Sąsiedzie, nie powinienem brać Ci tych orzechów laskowych co z Twojego drzewa gałęzie wisiały nad moim podwórkiem, podrzemy kota na zgodę?. Można obrócić tę mądrość ludową w zupełnie odwrotnym kierunku i wcielić w życie. Pierwszy krok ku temu zrobiła Ola Rzepka nazywając swój projekt muzyczny - DREKOTY.


Z swojej strony powiem niewiele, acz treściwie... Darcie kotów czy terkoty trykotów? Drekoty to swoiste laboratorium muzyczne zaklęte w jednym zdaniu. To jest niczym wynalazek, rewolucjonizuje zupełnie muzykę alternatywną, wybija ją na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia. Wsłuchajcie się.. Mocniej!.. Czujecie? Słyszycie? Perkusja gra tu pierwsze skrzypce... Jestem fanem perkusji, ogromny podziw dla Ciebie i liczę na wiele udanych transakcji utworowych. I mam nadzieję, że w końcu uda Ci się udomowić muzykę alternatywną, aby była bliżej człowieka. Nie używam masła do pieczywa, ale słuchawki Masłem obsmarowałem. I tak Ola Rzepka podarła koty. Podrzyj kota na zgodę z muzyką alternatywną i Ty. (Nataniel)

Ola Rzepka, fot. W.Olszenka
Są momenty w życiu kiedy każdy pragnie zrobić coś wyłącznie dla siebie. Z takiego założenia wyszła również Ola Rzepka, znana szerszej publice jako perkusistka udzielająca się w licznych projektach m.in. Pogodno, Sprawcy Rzepaku czy The Complainer. Teraz jednak rozpoczyna solową przygodę w projekcie Drekoty, w którym łączy ekspresyjną grę na perkusji i krześle (sic!) z elektronicznymi brzmieniami. I należy od razu zaznaczyć, że symbioza ta tchnie świeżością i kreatywnością rzadko spotykaną w polskim światku muzycznym. Drekoty to także próba zmierzenia się z wyzwaniem czy muzyka alternatywna może być jednocześnie przystępna. Darcie kotów czy terkoty trykotów? Czteroutworowa EP-ka Trafostacja została wyprodukowana przez Wojtka Kucharczyka (The Complainer), a swoją premierę miała 11 marca - być może istnieje pewien niepisany związek z trzęsieniem ziemi i tsunami w Japonii, ale tym niech zajmują się "spece" od teorii spiskowych. My zajmijmy się esencją Trafostacji - przebojami.

Każdy z czterech utworów zaskakuje. Singlowe Masłem to przewrotna pieśń zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym (klawiszowy mostek od 2:53 - normalnie spadam, w sensie wybitnie pozytywnym). Spadam masłem w dół/ niezdolna jak woda z kranu. Poddania zachwyca bogatymi kolorami klawiszy, połamanymi rytmami i niemal wykrzyczanymi zwrotkami. Puste zdaje się pełne. Utwór tytułowy Trafostacja, to instrumentalny dziw stworzony za pomocą wszelkiej maści instrumentarium: klawiszy, krzesła, bębna i glockenspiela. Ostatnia piosenka - Oścież, kapitalnie przebojowa kompozycja, którą mamy nadzieję usłyszeć na debiutanckim długograju Oli.

Wokalne wsparcie zapewnia Marysia Dąbrowska. Obecnie grupa Drekoty przygotowuje debiutancki, pełnoprawny album oraz przymierza się do trasy koncertowej, w czasie trwania której skład zespołu zasili Magda Turłaj (czyt. Karotka).

Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Otwórzmy szeroko drzwi na oścież! Nie drzyjmy kotów, bo nie ma o co. Muzyka alternatywna rzadko kiedy jest tak przystępna. (Mariusz)

Ścieżki ku wtajemniczeniu:

http://www.drekoty.pl
http://drekoty.bandcamp.com/
http://www.facebook.com/drekoty


czwartek, 23 grudnia 2010

Podsumowanie roku 2010: EP-ki


Ileż to razy ciekawie zapowiadający się album, "kończył się" na piątej piosence, a reszta pełniła rolę nużących zapychaczy? Bo przecież wypada, aby długogrający album miał te 9 piosenek. Czy nie lepiej było wypuścić EP-kę? Naturalnie, że lepiej. Mini-album od dawien dawna stanowi swego rodzaju przetarcie dla debiutantów lub uzupełnia i zamyka nagrane wcześniej albumy. Większość z siedmiu tu prezentowanych zespołów to debiutanci, którzy narobili sporo apetytu swoimi krótkimi wydawnictwami i lokujemy w nich nasze małe nadzieje, co do ich pełnoprawnych albumów. A tak w ogóle to się zastanawiałem czy numer jeden wśród EP-ek, nie powinien się także znaleźć w gronie najlepszych zagranicznych albumów tego roku, ale po krótkiej refleksji doszedłem do wniosku, że tu ma swoje miejsce. Miejsce na tronie.



Kurt Vile jaki jest każdy widzi. Ten utalentowany gitarzysta, członek zespołu The War On Drugs, tworzy także na własną rękę. I według mnie powinien zostawić chłopaków i jeszcze bardziej zaangażować się w solową karierę (i tak też zrobił). Bo gościu ma ogromny potencjał. Pokazał to na wcześniejszych albumach - zaprezentował go także na wydanej w tym roku EP-ce Square Shells. Połączenie gitarowego grania z instrumentalnymi wstawkami wychodzi mu na tyle dobrze, że jestem w stanie w ciemno odłożyć sobie pieniądze na jego najnowszy album, który już niedługo powinien ujrzeć światło dzienne. Wystarczy posłuchać Invisibility: Nonexistent - siedmiominutowego utworu świadczącego o geniuszu Kurta. Dla niedoszłego gitarzysty, czyli mnie, Vile to wzór do naśladowania i mistrz fingerpickingu. No cóż, ja właściwie już nie gram, oby tylko Kurt nadal tworzył.

Z ostatniej chwili: krótko po tym, jak napisałem ten tekst, dowiedziałem się, że 8 marca zostanie wydana nowa płyta Kurta. Smoke Ring for My Halo. Uśmiech nie schodzi z mojej twarzy :)))

Kurt Vile - Invisibility: Nonexistent
Play


Powciągamy trochę? Zrobi się przyjemnie, rozluźnimy czerstwą atmosferę panującą w naszym pokoju, spojrzymy na siebie z zupełnie innej strony. A może coś zagramy? Może synth pop z elementami lo-fi? Nie to już grano. Kto? A taki Walsh. Znasz? W 2010 roku wydał EP-kę Smoke Weed About It i w siedmiu utworach zawarł to, czego ty nie zmieściłbyś nawet w dwudziestu. Posłuchaj... Rzeczywiście. Miałeś rację. To jest świetne! Taki mniej funkujący Dam Funk, a więcej naszego ukochanego hip-hopu. No i co teraz? Wiesz co, ja ci powiem, że to biało gówno jest cholernie dobre. A ja ci powiem, że ten cały Walsh to jest sto razy lepszy niż te twoje białe gówno. Czarnuch... Białas. Bardzo przyjemna ta EP-ka, przystosowana do ciągłego NADUŻYWANIA.

Walsh - 07 Luxury (featuring Squadda Bambino)
Play


Ha, to ten młody gościu, "bardziej" szalony Christopher Owens? Przyjemna dla ucha ta ich muzyka. Rockowo-popowa, z "hitem" Living in America. Fuzzy i synthy mają tu równe prawa, głos wokalisty lekko zniewieściały - ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze tej sześcioutworowej płytki. Słucha się jej jednym tchem, pobudza do zabawy, maluje wszystko jasnymi barwami. Wracając do "hitu" - to ich odpowiedź na YMCA. Trzeba przyznać, że udana. W oparach rave'u i odgłosów Passion Pit i MGMT, Sun Bronzed Greek Gods to naprawdę ciekawa pozycja i warto się z nią zaznajomić; szczególnie latem. Ale mam tylko jeden zarzut. Jaki? Dlaczego on uważa, że życie w Ameryce jest takie seksi? To nieprawda! Powinien śpiewać tak: It's so sexy to be living in Poland. Faktycznie, nie brzmi to za dobrze...

DOM - Rude as Jude
Play


U nas na parafii był kiedyś chór. Śpiewały w nim kobiety i mężczyźni. Nie pamiętam jego nazwy. Pamiętam tylko, że gdy pewnego razu na próbie mój kolega, który tam śpiewał, włączył piosenkę Joanny Newsom to opiekunka chóru stwierdziła, że ta "pseudo artystka skrzeczy a nie śpiewa i nie wyobraża sobie by w naszym kościele można by coś takiego wykonywać". Pewnie to samo powiedziałaby na Jego temat. Męski odpowiednik Joanny Newsom. Pat Grossi. Harfista. EP-ka Curtis Lane to jego pierwsze pełnokrwiste muzyczne dziecko. Mieszanka dream popu, synthu i shoegaze'u stanowi jedynie tło dla emocji tu ukrytych. Cudowne harmonie są wspomagane przez falset Pata. Wszystko to podbite przez "chwytającą" elektronikę spod znaku M83. Naprawdę, czuje człowiek to piękno wydobywające się z muzyki Active Child. Idealna do kościoła. Idealna dla ciebie.

Active Child - When Your Love Is Safe
Play


Nieco ponad 15 minut. Tyle wystarczyło, by Mike Diaz ze swoim projektem wskoczyli na podium naszego podsumowania. Ten mini-album to miłe i niezobowiązujące granie, gdzieś pomiędzy electro popem a chillwavem. Kolega mnie chyba nie zlinczuje, jeśli powiem że Mien to jego najukochańszy utwór tego roku. Obaj trzymamy mocno kciuki za Atmoshperic Beast, bo takich dźwięków ciągle nam mało, mimo że w tym roku był ich prawdziwy wysyp (niektórzy tłumaczą to wydaniem Causers of this ;)).

MillionYoung - Mien
Play


Chodź pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko... Twin Sister. Ta piątka przyjaciół pochodzących z Nowego Yorku, wydała w 2010 swą drugą EP-kę Colour your life. Oj, pokolorowali mój świat! Kolor żółty: All around and away we go, sprawia mi radość i pobudza do życia. Kolor fioletowy: Galaxy Plateau, przywołuje mistyczne i zagadkowe reminescencje. Kolor brązowy: Phenomenos, sprzyja skrywaniu uczuć - w dużej ilości potrafi mocno przygnębić. Kolor zielony: Lady Daydream, wywołuje spokój i poczucie bezpieczeństwa, bo przecież Cię pamiętam. Kolor czarny: The Other side of your face, ukrywa przede mną jakiś mroczny sekret; trochę mnie to przeraża, czuje się nieco wyalienowany. Ale już kolor pomarańczowy: Milk and Honey, zwiększa moją motywację oraz podnosi poczucie własnej wartości. Taka jest ta EP-ka. Pełna dźwiękowych i emocjonalnych dysonansów. Przez to taka świetna.

Twin Sister - Lady Daydream (kolor zielony:)
Play


Class Actress = Elizabeth Harper. Ileż ona ma w sobie seksapilu... Jestem pewien, że cały jego poziom odzwierciedlony jest w Journal of Ardency. Bo ten album aż kipi. Emocje i żar tych dźwięków wylewają się przez moje głośniki. Uwielbiam i kocham taką muzykę. Uwielbiam i kocham Elizabeth. Słodkie, wręcz cukierkowe Adolescent Heart, indie-popowe Let me take you out, zimne electropopowe Journal of Ardency nie przyprawia o gęsią skórkę, raczej o szybsze bicie serca. Wszystko pasuje do umiłowanych dźwięków spod znaku Junior Boys, Italians Do It Better czy Chromatics. Nie można się znudzić tymi melodiami. I jak tu nie kochać Class Actress? Dla zakochanych mieszkańców polskich miast! Całuję cię Kochana prosto w usta!

Class Actress - Adolescent Heart
Play

poniedziałek, 22 listopada 2010

Walsh - Smoke weed about it EP

DRACULA HORSE/BANDCAMP 2010


W gąszczu chillwave'owych produkcji, warto posłuchać kolejnego projektu niezmordowanego Brandona Biondo, który porzucił na chwilę swój macierzysty zespół COOLRUNNINGS, by w oparach papierosowego dymu rozmyślać nad przeszłością i z nostalgią wspominać dobre chwile. EP-ka Smoke weed about it, to przyjemna odskocznia od muzycznych rejonów kojarzących się z najpopularniejszym blogowym nurtem muzycznym. Smoke weed about it eksploruje rejony czarnej muzyki i klubowych dyskotek, wymieszanych w tym samym melancholinym sosie, w którym muzykę sporządza Chaz Bundick czy Neon Indian. Przede wszystkim to prawie trzydzieści minut ciekawych i interesujących dźwięków, które wystarczą nam na dwa lub trzy repeaty (o "dziesiątkowym" albumie Kanye'go Westa - ani słowa).

środa, 11 sierpnia 2010

DannielRadall - La Femme EP

AMDISCS 2010


Dla miłośników muzyki z lat 80. i wszystkich tęskniących za czasami, gdy kasety były przedmiotem kultu większego od papieża.

środa, 28 lipca 2010

Kurt Vile - Square shells EP

KURT VILE - SQUARE SHELLS EP
MATADOR RECORDS 2010


Kolejna EP-ka, której warto poświęcić tych kilka linijek tekstu. Pamiętam, jak w grudniu ubiegłego roku usłyszałem płyty Constant Hitmaker i God is saying this to you. Zauroczenie zmieniło się w miłość od pierwszego usłyszenia (szczególnie wobec tej drugiej!). Całe święta upłynęły mi na bezlitosnym katowaniu tych albumów. I nieoczekiwanie wkradły się do mego subiektywnego, muzycznego podsumowania 2009 roku, zajmując miejsce w pierwszej dziesiątce. Niedługo później zapoznałem się z jego drugim, ale pierwszym longplayem dla Matador Records - Childish Prodigy. Miłość rosła w siłę. W oczekiwaniu na jego trzecią płytę, która ukaże się prawdopodobnie jeszcze w tym roku, Kurt Vile (nie mylić z Cobainem, Vonnegutem czy Weillem) umila nam czas wydaną w maju EP-ką Square shells.


Na tej EP-ce jest wszystko to, za co polubiłem Kurta. Gwoli przypomnienia: Kurt jest także (jest?) gitarzystą amerykańskiego zespołu The War On Drugs, który ma na koncie jedną płytę, ale ja - Wagonwheel blues (2008 - Secretly Canadian). Ale nie mówmy o nich. Bohaterem jest Vile. Jaka pierwsza myśl nasuwa się po przesłuchaniu tego mini-albumu? Przede wszystkim taka, że Square shells to pomost łączący Childish Prodigy i trzeci album Kurta. Parę wskazówek, jak będzie on prawdopodobnie wyglądał od strony muzycznej. Czego więc możemy się spodziewać? Invisibility: nonexistent to siedmiominutowy drone z rozbudowaną, psychodeliczną partią gitary i drum machines. Jeden z najlepszych utworów, jakie miałem okazję usłyszeć w tym roku. Losing momentum (for Jim Jarmusch) to instrumentlna piosenka i jak sama nazwa wskazuje, hołd dla znanego i cenionego amerykańskiego reżysera, a prywatnie przyjaciela Kurta. Jest tu jeszcze jeden instrumentalny utwór - The Finder; łączenie syntezatorowych dźwięków i akustycznej gitary wychodzi Kurtowi znakomicie. Zresztą nie ma się czemu dziwić. Vile to przede wszystkim świetny gitarzysta, bardzo często posługujący się techniką fingerpickingu, czyli grania palcami, a nie kostką. Drugą jego mocno stroną jest wokal oraz teksty, które sam pisze. Przykłady: wymienione już gorzkie Invisibility: nonexistent: “I find it in a dog, find it in a drug, I find it but I don’t know where to put it, then it’s gone” czy wprowadzające w intymne relacje pomiędzy muzykiem, a jego instrumentem I Know I Got Religion: “Now I stopped using picks, nothing between me and my guitar. Now I’m strumming away, every day. When I feel blue, I write a strummer for you.”

Może to zabrzmi jak bluźnierstwo, ale nigdy nie byłem wielkim fanem Boba Dylana czy Bruce'a Springsteena. Dlaczego? Ciężko mi na to pytanie opowiedzieć. Świetna muzyka, teksty, osobowości Bossa i Barda Ameryki - bez zarzutu. Ale czegoś mi brakowało. To coś znajduję właśnie u Kurta. Coś - ale czym ono jest? Nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć. Może to magia? Być może...

Ocena: +7/10

środa, 23 czerwca 2010

Atlas Sound - Weekend EP

ATLAS SOUND
WEEKEND EP 2007


1. Friday Night We Took Acid and Laid on Matt's Bedroom Floor Staring at His Ceiling Fan While His Parents Watching a T.V. Downstairs

Jesteś już, dawno cię nie widziałem. Śniłaś mi się ostatnio. Nie powiem, ale przyjemny był to stan, zupełnie jak teraz. Niewiele z tego pamiętam... Widzę niebieskie słonie.... Mam gdzieś te wszystkie ograniczenia, ja chcę zasmakować wolności. Tylko ptak, gdy fruwa jest naprawdę wolny.... To pomoże? Dobra, ok. spróbuję. Wezmę jeszcze trochę, dobrze?... A pamiętasz tę łąkę? To była zabawa. Świat wiruje wraz ze mną...  Daj mi rękę, powróżę ci. Będziesz miała czarnego męża i białe dzieci. a pies będzie żółty. Śmieszne...
Od tamtego momentu nie rozmawiam z nimi. Żyję jak beduin, moim domem jest moja własna pustynia.
Dla ciebie znajdzie się miejsce nawet tam. Staniesz się różą tej pustyni... Grzegorz Napieralski!!! Chcesz zobaczyć mój czarny paznokieć? Żałuj... Boisz się ciemności? Podejdź bliżej. Już lepiej? Kici kici... Unosimy się nad ziemią, gdzie lecimy? Nie, nie chcę. Może tu?... Tam wtedy, to nie byłem ja... Wpływ rozszerzenia na nierówności regionów w UE.... Pink Floyd is dead!!! Ty mój muchomorku... Zaśpiewam ci coś... Podobało się?.. Mnie również... Hej Darek, zostaw to! Jak ja nie lubię tych małp. Chciałbym być niewidzialnym, nie dostrzegać swojej podobizny w lustrze, nie rzucać cienia, nie zwracać na siebie uwagi. Pewnie, że tak... Reprezentuję ugrupowanie pasztetowy gryzoń! Żądamy odjazdów. Mogą być do Wrocławia. A co tam... Odjeżdżam... Pięknie smakujesz... Jak Toffifee. Dobra wchodzę w to... Jestem w Paryżu na Polach Elizejskich, ubrana w turkusową sukienkę, ze szminką na ustach. Podchodzi do mnie Belmondo, z tymi swoimi kaczymi ustami i ... Nie, nie jestem drugą Seberg. Brak mi tchu... Dawno nie widziałem tak pięknego nieba. Ja chyba jednak jestem z Wenus. Wiem. Po oddechu...  Pójdziemy jutro popływać? Nauczę cię. Gdzie jest Nemo? Głucha cisza... Gdy umrzemy będziemy jedną z nich. Kocham piątki, bo wtedy nic nie muszę.... Co ty nie powiesz... To tylko mamy za darmo, co zrobimy sami. Ha ha ha ....
 
2. Saturday Night We Went Swimming And There Was A Light In The Water
 
No chodź. Nigdy tego nie robiłeś o tej porze? Będzie zabawnie. Zobaczysz. Znam jedno takie miejsce, gdzie jest naprawdę pięknie. Nikt nas tam nie znajdzie... Nie bój się.... Uuu uu zimno... Lalalalala... Mój rekord? 3 minuty. zapomniałem o zegarku... Czas - start! Płyniemy do zatoki, kto ostatni ten matoł. A to co... Ty też to widzisz? Ależ to jest cudne... Płyniemy!!! Czuje się tak lekko... Gdzie jesteśmy?.... To ty... Co tutaj robisz....nie wiedziałem... Zamknij oczy...nie wiedziałem... Nic nie mów. Czy to miejsce istnieje naprawdę? Tak, ale nikt oprócz ciebie jeszcze o tym nie wie. I się nie dowie. Dlaczego? ... Niemożliwe...
Kim tak naprawdę jestem... nie wiedziałem... gdzie ty byłeś? 


3. Sunday Evening We Relaxed In Our Rooms and Called Each Other on the Phone

Dzień dobry, tu Adam. Zastałem Magdę? Witaj, co słychać? Chyba z 10 lat... Pamiętam jak przez mgłę... Miałaś długie blond włosy... i okulary przeciwsłoneczne. To były czasy.... co u mnie? nothing special... Nie, coś ty! Jestem u siebie w pokoju. Tak, mam. data? październik 2001. ale to szybko leci... Jestem wolnym strzelcem.... Znak zodiaku? wodnik. Mów lepiej co u ciebie.... Naprawdę? To gratuluję, jestem z ciebie dumny. Zawsze o tym marzyłaś i dopięłaś swego.....najwyraźniej tak. Tamten wieczór... nigdy tak się nie czułem. To twoja zasługa. a pamiętasz Michała, tego z długimi włosami, co kochał się w Marylin Monroe? Cały czas wierzy, że podróż w czasie umożliwi mu spotkanie z nią... Ja, myślę że tak. Oglądałem na discovery taki program,.... i jest możliwe. Ale my tego nie doczekamy. Ja na pewno. Ty musisz! Dlaczego wtedy odszedłem? Ty mi powiedz... No tak... szkoda, że tak długo się nie słyszeliśmy. Musimy się spotkać... Kiedy możesz... Aha... Czyli nic z tego.... A kiedy wracasz? ... rozumiem, czyli już się nie zobaczymy. No cóż, tak już musi być.... Nie zapomnę... Cześć.



Siema! Stary jakie piwo, jaki bar, przecież dopiero co wróciliśmy z niego. Muszę się zrelaksować. Wszystko mnie boli. Spać mi się chce i jeszcze Włosi wygrali mundial. Jezu..... We wtorek. No gramy wtedy. Z Motyką Piła. Ale człowieku, przecież oni są tępi jak... piła. Nie wiem czy dam radę. Wszystko się spierdoliło. Wszystko!!! Głuchy jesteś... A co mi do tego... Słuchaj nie mieszaj się w cudze sprawy.... Ja tak zrobię... Mam nowe reeboki. 250 zeta. Ale jak suną. Dobra, kończę bo mi się oczy zamykają.
No tak, ale ... nie chce mi się rozmawiać...



Hej, tak jak się umawialiśmy....
Nic nie poczują. To potrwa tylko chwilę. Chwilę, która zapoczątkuje wieczność. Nie mogę się doczekać... Tak, nadal płacze... Nie rozumie... Nie martw się. To i tak nic nie da. Ja już wiem. Cieszę się, że ty też. Teraz odpoczywam. Są tu ze mną. Bawimy się...

_________________________________________________________________________________

EP-ka Weekend została udostępniona 15 grudnia 2007 roku, tylko w formie cyfrowej. Różni się od pozostałych wydawnictw Bradforda Coxa, gdyż niemal w całości wypełnia ją muzyka ambient, czy też jak ktoś woli, kwasowa elektronika. Nadal jest do ściągnięcia za darmo tutaj. Atlas Sound zagra na tegorocznej edycji Off Festivalu.



Ocena: 8/10