Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grizzly bear. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grizzly bear. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2012

Rozgrzewka


Daniel Rossen - Silent Hour/Golden Mile 
Warp Records 
2012

Po tej EP-ce nikt już chyba nie będzie miał złudzeń i wątpliwości, że Grizzly Bear to przede wszystkim Daniel Rossen (wystarczy rzut oka na najpopularniejszy komentarz pod Silent Song na Youtube, by stwierdzić, że tak jest naprawdę). Sam Rossen wyrasta na jednego z najlepszych współczesnych songwriterów, w każdym ze swych zespołów, czy to Grizzly Bear czy Department of Eagles, demonstrując nieprzeciętne zdolności kompozytorskie. Nie inaczej jest na Silent Hour/Golden Mile, pięcioutworowej EP-ce, wydanej przez Rossena na własne konto, odświeżającej, niosącej nowe siły po twórczym wypaleniu jakie nastąpiło po trasie promującej Veckatimest, do czego ten przyznał się w rozmowie z Pitchforkiem, dając wyraz w otwierającym Up on High (In this big, empty room/Finally feel free). Właściwie każda piosenka z tej płyty mogłaby się, bez żadnych kompleksów, znaleźć na wydawnictwie dwóch wyżej wymienionych grup, co niektórym malkontentom daje oręż do hejtowania. Bronią się jednak same kompozycje. Tchnące duchowością Saint Nothing z tak charakterystyczną dla Rossena partią pianina, przywołującą dokonania macierzystego zespołu i Thoma Yorke'a, zwiewne, przebojowe i beatles'owskie Silent Song czy gorzkie i mroczne Golden Mile - to piękne utwory, a całość stanowi idealną rozgrzewkę przed Shields, którego premiera za niecałe dwa miesiące. 

Ocena: -8/10

niedziela, 18 września 2011

Yes we CANT


CANT - Dreams Come True
Warp/Terrible Records
2011

Marzenia się spełniają? Pewnie tak, ale w tym przypadku najwyraźniej nie były one zbyt wygórowane. Wystarczyło najzupełniej w świecie nagrać album. Ot, tak po prostu. 


piątek, 6 maja 2011

5-10-15-20: Sundown Syndrome



Kradnąc pomysł Pitchforkowi na jeden z jego feature postanowiłem przeprowadzić wywiad z samym sobą, by pokazać, czego słuchałem na przestrzeni mojego życia. Ciekawe...


5 lat

Starałem sobie przypomnieć, sięgnąć do najgłębszych wspomnień z mojego dzieciństwa i wydobyć z nich utwór, który niesłychanie mocno odcisnął się na mojej, dziecięcej wówczas psychice. Wbrew pozorom nie jest to piosenka z popularnych wtedy kreskówek (Muminki, Gumisie czy Smerfy). Zbiegiem okoliczności jest fakt, że gdy przychodziłem na ten świat, ów numer miał swoją premierę. Przeznaczenie? Przypadek? Nieważne. Another Day in Paradise Phila Collinsa, bo o nim mowa, zawsze kojarzy mi się z moimi młodymi latami życia, ale też z smutnym czasem jaki wtedy przeżywałem (choroba matki). Czułem podskórnie rodzaj pewnego smutku pomieszanego z radością i nadzieją, gdy słuchałem hitu perkusisty Genesis. Takie były moje początki obcowania z muzyką.








<a href="//www.youtube.com/watch?v=Qt2mbGP6vFI?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>










10 

Tutaj mamy wielki hit wiejskich dyskotek, europejskich list przebojów i... mój. Tak, mając dziesięć lat, a nawet i więcej, nie słuchałem niczego innego jak tylko Blue. Skakałem w górę, śpiewałem z wokalistą (czy z komputerem?) obciachowe da bu di. Skąd pociąg do tego typu muzyki? I teraz cały się czerwienię, choć może nie powinienem. Disco polo. Słowo klucz. Pomiędzy okresem 5-10 w każdy niedzielny poranek, mały Mariusz zasiadał przed telewizorem, włączał nowo powstałą stację komercyjną, by równo o 10-tej słuchać najnowszych przebojów prezentowanych przez redaktora i znawcę gatunku, Tomka Samborskiego. Nie będę wtajemniczał Was w szczegóły, nie powiem również jakie piosenki zrobiły na mnie największe wrażenie, bo nie mam na to ochoty. Wracając do zespołu Eiffel 65 - jest on idealnym przykładem załogi, która pozostała grupą z jednym przebojem. Przebój ten przyniósł sukces i śmierć (aczkolwiek Wikipedia mówi co innego: 16 czerwca 2010 Massimo Gabutti – szef włoskiej wytwórni BlissCorporation, która wypromowała Eiffel 65 – oficjalnie ogłosił reaktywację zespołu w jego oryginalnym składzie). Mały, niebieski kosmito - NIE CHCEMY CIĘ TU! Wracaj na Pandorę!









<a href="//www.youtube.com/watch?v=68ugkg9RePc?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>










15

Okres dojrzewania, okres trudnych wyborów, czas podejmowania ważnych decyzji, pierwsze zauroczenia i miłość. Myślę, że to najważniejszy moment, by człowiek zdecydował się obrać drogę, którą będzie kroczył w późniejszym życiu. Kształtowanie duchowego kręgosłupa, świadome wybory. Z całą powagą oświadczam, że to właśnie mając jakieś 15 lat, zaufałem muzyce. Nie zawiodłem się. Dzięki niej poznałem ludzi, z którymi do dziś utrzymuje bliskie, przyjacielskie kontakty. 

Osobę Jeffa Buckleya poznałem całkiem przypadkowo, gdy jeden z jego przebojów podesłała mi znajoma. Byłem tak zafascynowany tym artystą, że nieco później pobiegłem do sklepu kupić Grace i nieukończony, drugi album Sketches for my... Uważam go za najpiękniejszy męski głos jaki miałem okazję do tej pory słyszeć. I bardzo pragnę by to się nigdy nie zmieniło. Utwór Forget Her - i wszystko jasne.


<a href="//www.youtube.com/watch?v=MNF8H9LIZs0?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>



20 

Dobrnęliśmy do końca. Czego to ja słuchałem w wieku dwudziestu lat? Po przekroczeniu granicy. Skończyło się liceum, rozpoczęły studia, które powoli zbliżają się do końca. Muzycznie, moje JA było już całkowicie wyzwolone i świadome. Grizzly Bear - Veckatimest. Chyba w Trójce, w audycji Grzegorza Hoffmana usłyszałem po raz pierwszy Two Weeks i About Face. Zakochałem się natychmiast! Tak bardzo żałowałem, że nie mogłem zobaczyć ich na żywo na Ars Cameralis. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości powrócą i nie będzie to koncert na jednym z letnich festiwali, ale przedstawienie dla ograniczonej liczby ludzi, w obojętnie jakim teatrze czy klubie. Obym tylko był tam ja. Który utwór "rządzi"? Cheerleader. 


<a href="//www.youtube.com/watch?v=EbhO7rsnAz0?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>

środa, 16 marca 2011

Blue Valentine


Blue Valentine
reż. Derek Cianfrance
USA 2010

Nie dajcie się zwieść tytułowi tego filmu, gdyż wcale nie jest on tak słodki jak walentynkowe serce. A miłość rzadko bywa tą "na zawsze". Obraz Dereka Cianfrance to gorzka opowieść o dwójce ludzi, których uczucie zniszczyła codzienność.

W życiu nie ma niczego pewnego - chciałoby się powiedzieć tuż po seansie Blue Valentine. Bajki to domena kina, nie realnego świata. Amerykański reżyser, Derek Cianfrance postanowił zdemaskować kolejną bajkę, którą jesteśmy karmieni - wielką miłość (tak, tę samą przez niektórych nazywaną miłością bezgraniczną i nieskończoną). Pierwszym elementem, który najbardziej wysuwa się przed szereg jest dwutorowość fabuły. Akcja filmu toczy się w dwóch niezależnych płaszczyznach czasowych. W pierwszej poznajemy Deana i Cindy jako małżeństwo z kilkuletnim stażem, mające małą córeczkę. Na pozór wszystko wygląda wspaniale. Główny bohater to przykładny mąż i ojciec, mocno kochający swoją rodzinę. Rodzinę, o której nigdy nie marzył, a bez której teraz nie wyobraża sobie życia. Ona, ambitna, młoda i atrakcyjna kobieta, której nie do końca odpowiada rola żony i matki, marzy o karierze lekarza (ukończona medycyna), zawodowym awansie, spełnianiu swoich pasji i wyznająca zasadę, że szczęście to działanie nie posiadanie. Oboje jednak wiedzą, że ich małżeństwo nieuchronnie zmierza do końca. Podejmują o nie walkę (a właściwie to Dean), próbując wskrzesić namiętne, młodzieńcze uczucie, lecz nawet "Pokój przyszłości" nie zlikwiduje tej niewidocznej granicy, którą przekroczyli. Teraz stoją po przeciwnych stronach. Miłość, seks, gorące uczucie - wszystko to straciło smak. Po prostu się wypaliło. Strach przed prawdą jest ogromny.

Druga płaszczyzna przedstawia moment spotkania głównej pary. Widzimy ich pierwsze wspólne chwile, nieśmiałe spojrzenia i rozmowy, taniec Cindy i śpiew Deana - chyba jedna z piękniejszych i zapadających na długo w pamięć scen z filmu. To poprowadzenie fabuły dwoma ścieżkami, przeplatającymi się wzajemnie, uważam za ogromny atut Blue Valentine.



Kolejnym jest muzyka, istniejąca głęboko w tle, wyłaniająca się z ciszy ale nie zagłuszająca, nie wiodąca prymu w filmie. Nic dziwnego skoro za ścieżkę dźwiękową odpowiada dobrze nam znana, amerykańska formacja Grizzly Bear. W filmie oprócz utworów wspomnianego zespołu ( trzy piosenki z Veckatimest i EP-ki Friend, a także dwa z Yellow House) można usłyszeć The Platters czy powiązane z misiami grizzly Department Of Eagles. Część utworów napisał lub zaśpiewał Ryan Gossling, między innymi You Always Hurt The Ones You Love. Ale najważniejszą piosenką dla głównej pary bohaterów pozostaje You and Me Penny and The Quarters - jak mawia Dean: Wszyscy mają swoje piosenki, ale się nimi dzielą. To jest nasza piosenka. Tylko dla nas. 


Lecz największe słowa uznania należą się parze aktorów, którzy wcielili się w pierwszoplanowe postaci. Michelle Williams i Ryan Gossling zagrali tu role swojego życia. Szczególnie Williams, która wcielając się w Cindy grała samą siebie. Miłość i uczucie, córeczka i w końcu rozpad jej małżeństwa z Heathem Ledgerem - wszystko to znajdziemy przetworzone w filmowym obrazie. Nie będę tu ukrywał rozgoryczenia i złości do Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznając Oscara Natalie Portman i nie nominując Gosslinga do tej nagrody, straciła resztkę mojego szacunku do tego oficjalnego "ciała". No, ale nam nigdy nie było po drodze... To chyba najlepsza rola Ryana od czasów Fanatyka i potwierdzenie, że jest jednym z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia.

Śmieszy fakt, że MPAA (Motion Picture Association of America) zajmująca się m.in. nadawaniem ograniczeń wiekowych filmom, wchodzącym do amerykańskiej dystrybucji, przyznała Blue Valentine kategorię NC-17 co oznaczało komercyjną śmierć, podkreślmy tu, niezależnego obrazu. Na szczęście skuteczne odwołanie się do tej organizacji przez producenta, pozwoliło zmniejszyć te ograniczenia wiekowe. Ja naprawdę nie wierzę, że młodzi, nastoletni Amerykanie czy Polacy muszą iść do kina z rodzicami by obejrzeć to dzieło. Współcześni nastolatkowie "tolerancyjni i nowocześni", ekscytujący się głównie przyciskiem Lubię to i nową kolekcją w H&M, robią znacznie bardziej wyuzdane rzeczy niż para głównych bohaterów i to w wieku dalekim od 17 czy 18 lat.

Jedynym minusem Blue Valentine paradoksalnie wydaje się być fabuła. Tworzona 12 lat (podobno!) przez Cianfrance i Joey Curtis nie do końca oddaje zawiłość psychologiczną bohaterów filmu. Gdyby nie świetna gra aktorska, trudno byłoby wytrzymać do końca seansu. Ale to w zasadzie jedyna wada. A więc 3:1. Wynik  na korzyść Niebieskiej Walentynki.

Blue Valentine - film bardzo dobry, o smaku słodko-gorzkim. Obowiązkowa pozycja w Twoim filmowym repertuarze tego roku. I informacja dla wszystkich "szczęsliwie" zakochanych: nic nie jest wieczne.

Ocena: -8/10


P.S. Ulubiona piosenka Deana i Cindy