Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sundownsyndrome. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sundownsyndrome. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Tides From Nebula - Earthshine




Tides From Nebula - Eartshine
Mystic Records
2011

Mimowie jako bardzo skromny krąg artystów nadal niedocenianych wciąż w podziemiu tworzy swe pantomimy. Co po niektórzy, wychylając swe białe od braku słońca twarze na powierzchnie, zdobywają jakimś cudem uznanie.. Można podejrzewać, że publiczności nudzi się głupota wymawiana z ust gwiazd, gwiazdek, pyłków, kamieni show-biznesu. Ale nie, nierzadko gest, mimika czy symbol ma o wiele większą moc przekazu niż wielogodzinne przemówienie. Każdy pamięta bądź zna z określenia wyczyn pewnego sportowca, mistrza skoku o tyczce (578 cm) Władysława Kozakiewicza. Czyż nie jest prawdą, że ten gest ma ogromne znaczenie, za każdym razem gdy to oglądam to przepełnia mnie jakaś nieokreślona radość i duma. Czy dwa palce, środkowy i wskazujący ułożone w literę V przy pozostałych złożonych, symbolizujących Pokój (Peace). Najsławniejszy mim świata, Marcel Marceau bawił, bądź przerażał swych widzów przez szereg lat swymi minami, gestami i ruchem kończynami. Mową ciała rozmawiał z publicznością.

I tak, Tides From Nebula to muzyczni mimowie. Śpiewają za pomocą instrumentów. Robiąc to o wiele lepiej niż większość, ogół, masa..


niedziela, 29 maja 2011

Somewhere. Między miejscami


Somewhere. Między miejscami
reż. Sofia Coppola
USA 2010
Premiera: 3 września 2010 (Świat), 1 kwietnia 2011 (Polska)

Między miejscami znajduje się sens.


Witamy w Hollywood. W mieście wydmuszce, gdzie luksusowe hotele to puste ściany bez miłości, szczęścia i spokoju. Tu swój azyl znalazł gwiazdor światowego kina, Johnny Franco. Bożyszcze kobiet, smakosz życia i typowa dzisiejsza szlachta Hollywoodu, narzucająca współczesnemu światu ICH styl bycia, zainteresowania i trendy. Na szczęście są jeszcze ludzie i emocje, które pozwalają odróżnić prawdziwe życie od tego stworzonego przez Fabrykę Snów i własne urojenia. Za kurtyną tego spektaklu ukryła się rzeczywistość w postaci miłości do ukochanej córki, nadziei i szczęścia, które niemrawo dają znaki zza kulis, by to one mogły wkroczyć na główną scenę. Teraz ich kolej.

Coppola po znakomitym Lost in Translation konsekwentnie tworzy dzieła, które zaskakują swoją delikatnością, minimalizmem i spokojem. Niestety już nie z taką siłą jak na początku. Po sukcesie artystycznym i komercyjnym Między Słowami, dwa kolejne jej dzieła nie tylko nie zbliżyły się do poziomu tamtego, ale najzwyczajniej w świecie zaliczyły upadki (choć Złoty Lew dla Somewhere może temu przeczyć).

To, co łączy poprzednie filmy to dialogowa asceza, która niejako staje się wyznacznikiem reżyserskim Sofii Coppoli. Długie, pojedyncze ujęcia, mają za zadanie jeszcze dosadniej i głębiej oddać stan ducha głównego bohatera: zmęczenia życiem w obecnej postaci i wszechogarniającą nudę. Główny motyw zawsze jest ten sam: samotność. Obserwatorem jest wielkie miasto, świat pełen przepychu i blichtru. Mimo że bohaterowie filmów Coppoli mają w zasadzie wszystko to, co jest niezbędne do godziwego życia (dobrze płatną pracę, sławę, sukces zawodowy), to "wszystko" jest tylko dobrze zamaskowaną iluzją. By znaleźć prawdziwe i własne "ja" trzeba zrezygnować z rzeczy, które były tylko imitacją szczęścia, i wydobyć te najważniejsze - dzięki nim jesteśmy w stanie pokonać samotność.

Trudno uwierzyć w przemianę kluczowej postaci, bo jej charakterystyka jest płaska psychologicznie i emocjonalnie. Ja rozumiem, że w życiu zdarzają się chwile, które zmieniają zupełnie nasze nastawienie i pogląd na świat, ale w Somewhere zostało to pokazane nad wyraz nieprzekonywująco. Długie ujęcia - paradoksalnie - zamiast wzmacniać przekaz obrazu, powodują jego spłycenie. Krótko mówiąc: wkrada się, tak przez kinomanów nielubiana, nuda. Gra aktorska również nie zachwyca - drugiego takiego aktora jak Bill Murray nie ma i nie będzie (i mówię to z satysfakcją). Młodziutka Elle Fanning zagrała poprawnie, ale na pełne rozkwitnięcie talentu tej młodej amerykańskiej aktorki musimy troszkę poczekać. Na plus natomiast można zaliczyć muzykę dobraną przez życiowego partnera reżyserki, dobrze nam znanego Thomasa Marsa, wokalistę zespołu Phoenix.

Melancholia znów wygrała, ale melancholia tokijska bardziej zachwycała. I jej pryzmat rzutuje na kolejne dzieła Coppoli, chyba, że ta zmieni kierunek swoich poszukiwań.

Ocena: +6/10

środa, 25 maja 2011

Friendly Fires - Pala


Friendly Fires - Pala
XL Recordings
2011

Jeśli Lady Gaga tworzy przeboje, to ja jestem głuchy. Taka mała dygresja z mojej strony, mająca jednak coś wspólnego z bohaterami tej recenzji. Trójka muzyków tworzących Friendly Fires powinna udzielać korepetycji wyżej wspomnianej Pani z przedmiotu o swojsko brzmiącym tytule: Jak pisać przeboje?, bo w bezpośrednim porównaniu obu quasi sequeli miażdżącą przewagę osiągają Brytyjczycy. Lady G. - mrówka, Friendly Fires - słoń. To nie bajka.

wtorek, 17 maja 2011

Shine 2009 - Realism


Shine 2009 - Realism
Cascine Records
2011

Geograficznie zaskakują, muzycznie niestety nie.


W wyniku nieubłaganie zbliżającego się lata, człowiek ma ochotę posłuchać czegoś niezobowiązującego, lekkiego i przyjemnego. Te wymogi od ładnych kilku lat, z satysfakcją dla obu stron, spełniali Szwedzi. Biegun Ciepła paradoksalnie dla całego przemysłu muzycznego nie znajdował się w którymś z nadmorskich czy zwrotnikowych miast i metropolii, ale na północy Europy, gdzie młodzi ludzie postanowili rozgrzać serca, duszę i umysł taneczną, idealnie skrojoną, popową muzyką dla niewymagającego słuchacza, który przepełniony nostalgią za wakacyjnymi i gorącymi chwilami, odnalazł w tej muzyce, niczym utrwaloną na kliszy, część swojego życia, do której mógł wracać i wspominać, nierzadko roniąc przy tym łzy.

Sezon na tego typu dźwięki można uznać za rozpoczęty (temperatura powietrza lekko przekracza normę wieloletnią  a fakt, że naukowcy straszą globalnym ociepleniem, sugeruje, że tego typu muzyka i zespoły będą coraz częściej pojawiać się u nas w domu, a ich pochodzenie nie będzie dziwić - kto wie, może doczekamy się też balearicu ze Stacji Wostok, lub też w skali nieco mniejszej = letnich dźwięków z Suwałk), więc recenzujemy zespół ze Szwecji... Wróć. Przyzwyczajenie to największy wróg recenzenta. Okazuje się, że w Finlandii też są muzycy, którzy eksplorują rejony zagarnięte dotąd przez ich zachodnich sąsiadów. Szkoda tylko, że w większości zdań o Shine 2009 ciągle powtarza się słowo balearic, bo jego jest tu zdecydowanie najmniej.

Shine 2009 to Sami Suova i Mikko Pykäri, których współpraca rozpoczęła się w 2005 roku jeszcze podczas studiów. Miejscem - bazą - macierzą pozostają Helsinki. Jak wspominają w wywiadach: nigdy nie zamierzali zostawać muzykami. Los jednak chciał inaczej. 3 maja ukazała się ich debiutancka płyta (poprzedzona zeszłoroczną EP-ką Associates) - Realism (wydana przez Cascine). Finowie łączą w swojej muzyce brytyjski pop lat 90., który naznaczony był modą na Saint Etienne, wczesne Massive Attack czy Pet Shop Boys. Wyczuwalny jest również fiński chłód. Cieszy fakt, że ci młodzieńcy i debiutanci w jednym, mają czelność zapraszać do współpracy legendę amerykańskiego R&B/dance pop - Paulę Abdul, która wniosła nieco świeżości do So Free. Do utworów, które przyciągają uwagę zalicza się zamykające Modern Times i najbardziej przebojowe New Rules (kto śledzi tego bloga, ten nie przeoczył wzmianki o nim w ubiegłorocznym Coctail Party).

I cóż z tego, że niczego odkrywczego nie odsłaniają przed słuchaczem, nie mówiąc już o zlewających się utworach, które czasami ciężko od siebie odróżnić. Realism to naprawdę solidne wydawnictwo, które sprawdzi się w najbliższych trzech miesiącach. Później przyjdzie pora na jesienne, chmurne opowieści.

Ocena: -7/10

sobota, 14 maja 2011

Gang Gang Dance - Eye Contact


Gang Gang Dance - Eye Contact
4AD Records
2011

Cytując klasyka: Oh shit, Gang Gang.


Podoba mi się to określenie w stosunku do Gang Gang Dance i wykonywanej przez nich muzyki - jaskiniowcy. Lecz to są tacy jaskiniowcy full wypas. Muzyczni neandertalczycy. Dzięki nim epoka kamienia łupanego wkroczyła w XXI wiek, i zamiast maczug, krzemieni i kłów mamuta w rękach dzierżą syntezatory, klawisze i gitary a instynkt przetrwania mobilizuje ich do nagrywania porządnych, psycho-pop-rockowych albumów. Eye Contact to płyta pozbawiona wypełniaczy, silnie skondensowana, o bogatej strukturze utworów (co nie dziwi!) i gęstej dźwiękowej fakturze. Jest w ich muzyce coś pierwotnego, dzikiego - swego rodzaju dziewiczość. W przeciwieństwie do Saint Dymphna, nowy album eksperymentalnego kolektywu wydaje się być bardziej przemyślanym, lepiej scementowanym (inspiracji i wpływów tu co niemiara) i bardziej przebojowym.

Każda piosenka wciąga, czy będzie to taneczny dynamit w postaci utworu Mindkilla, Romance Layers - lekko funkujący utwór, w którym można się rozpłynąć (na wokalu gościnnie Alexis Turner z Hot Chip) przywodzący na myśl dokonania Księcia, open'er Glass Jar - prawie 12-minutowe arcydzieło, od podstaw budujące w słuchaczu napięcie, które osiąga maximum na początku szóstej minuty czy Chinese High z niebiańsko przyjemną końcówką. Można by tak wymienić i opisać wszystkie utwory, ale nie o to przecież chodzi. Nowojorski zespół po przenosinach do dużej wytwórni nie stracił impetu i nagrał najdojrzalszy album w swojej karierze. Specjaliści od mieszania wszystkiego ze wszystkim pozostawili, i tak nieliczną, konkurencję daleko z tyłu.

Ocena: 8/10


piątek, 6 maja 2011

5-10-15-20: Sundown Syndrome



Kradnąc pomysł Pitchforkowi na jeden z jego feature postanowiłem przeprowadzić wywiad z samym sobą, by pokazać, czego słuchałem na przestrzeni mojego życia. Ciekawe...


5 lat

Starałem sobie przypomnieć, sięgnąć do najgłębszych wspomnień z mojego dzieciństwa i wydobyć z nich utwór, który niesłychanie mocno odcisnął się na mojej, dziecięcej wówczas psychice. Wbrew pozorom nie jest to piosenka z popularnych wtedy kreskówek (Muminki, Gumisie czy Smerfy). Zbiegiem okoliczności jest fakt, że gdy przychodziłem na ten świat, ów numer miał swoją premierę. Przeznaczenie? Przypadek? Nieważne. Another Day in Paradise Phila Collinsa, bo o nim mowa, zawsze kojarzy mi się z moimi młodymi latami życia, ale też z smutnym czasem jaki wtedy przeżywałem (choroba matki). Czułem podskórnie rodzaj pewnego smutku pomieszanego z radością i nadzieją, gdy słuchałem hitu perkusisty Genesis. Takie były moje początki obcowania z muzyką.








<a href="//www.youtube.com/watch?v=Qt2mbGP6vFI?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>










10 

Tutaj mamy wielki hit wiejskich dyskotek, europejskich list przebojów i... mój. Tak, mając dziesięć lat, a nawet i więcej, nie słuchałem niczego innego jak tylko Blue. Skakałem w górę, śpiewałem z wokalistą (czy z komputerem?) obciachowe da bu di. Skąd pociąg do tego typu muzyki? I teraz cały się czerwienię, choć może nie powinienem. Disco polo. Słowo klucz. Pomiędzy okresem 5-10 w każdy niedzielny poranek, mały Mariusz zasiadał przed telewizorem, włączał nowo powstałą stację komercyjną, by równo o 10-tej słuchać najnowszych przebojów prezentowanych przez redaktora i znawcę gatunku, Tomka Samborskiego. Nie będę wtajemniczał Was w szczegóły, nie powiem również jakie piosenki zrobiły na mnie największe wrażenie, bo nie mam na to ochoty. Wracając do zespołu Eiffel 65 - jest on idealnym przykładem załogi, która pozostała grupą z jednym przebojem. Przebój ten przyniósł sukces i śmierć (aczkolwiek Wikipedia mówi co innego: 16 czerwca 2010 Massimo Gabutti – szef włoskiej wytwórni BlissCorporation, która wypromowała Eiffel 65 – oficjalnie ogłosił reaktywację zespołu w jego oryginalnym składzie). Mały, niebieski kosmito - NIE CHCEMY CIĘ TU! Wracaj na Pandorę!









<a href="//www.youtube.com/watch?v=68ugkg9RePc?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>










15

Okres dojrzewania, okres trudnych wyborów, czas podejmowania ważnych decyzji, pierwsze zauroczenia i miłość. Myślę, że to najważniejszy moment, by człowiek zdecydował się obrać drogę, którą będzie kroczył w późniejszym życiu. Kształtowanie duchowego kręgosłupa, świadome wybory. Z całą powagą oświadczam, że to właśnie mając jakieś 15 lat, zaufałem muzyce. Nie zawiodłem się. Dzięki niej poznałem ludzi, z którymi do dziś utrzymuje bliskie, przyjacielskie kontakty. 

Osobę Jeffa Buckleya poznałem całkiem przypadkowo, gdy jeden z jego przebojów podesłała mi znajoma. Byłem tak zafascynowany tym artystą, że nieco później pobiegłem do sklepu kupić Grace i nieukończony, drugi album Sketches for my... Uważam go za najpiękniejszy męski głos jaki miałem okazję do tej pory słyszeć. I bardzo pragnę by to się nigdy nie zmieniło. Utwór Forget Her - i wszystko jasne.


<a href="//www.youtube.com/watch?v=MNF8H9LIZs0?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>



20 

Dobrnęliśmy do końca. Czego to ja słuchałem w wieku dwudziestu lat? Po przekroczeniu granicy. Skończyło się liceum, rozpoczęły studia, które powoli zbliżają się do końca. Muzycznie, moje JA było już całkowicie wyzwolone i świadome. Grizzly Bear - Veckatimest. Chyba w Trójce, w audycji Grzegorza Hoffmana usłyszałem po raz pierwszy Two Weeks i About Face. Zakochałem się natychmiast! Tak bardzo żałowałem, że nie mogłem zobaczyć ich na żywo na Ars Cameralis. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości powrócą i nie będzie to koncert na jednym z letnich festiwali, ale przedstawienie dla ograniczonej liczby ludzi, w obojętnie jakim teatrze czy klubie. Obym tylko był tam ja. Który utwór "rządzi"? Cheerleader. 


<a href="//www.youtube.com/watch?v=EbhO7rsnAz0?hl%3Den"><img alt="Play" src="https://lh3.googleusercontent.com/blogger_img_proxy/AEn0k_tbTW_k9_OsDyV9D2rJtmwh0rsspou40De7P1fJw1HY1MlEr61U8kmKUV9idD0xJ79-n6_8QnTizK5JI-WSHXmdHdzi5rDd-q8s=s0-d" style="border:0px;"></a>

czwartek, 5 maja 2011

Fleet Foxes - Helplessness blues


Fleet Foxes - Helplessness Blues
Sub Pop Records
2011

Każdy zespół, jeżeli tylko "przeżyje" debiut, ma przed sobą tę przeszkodę. Jest ona tym większa i trudniejsza do przeskoczenia, o ile pierwszy album okazał się dziełem bliskim absolutu i osiągnął wielki komercyjny sukces po obu stronach Atlantyku. Przeszkodę tę można porównać do próby wejścia na dowolny ośmiotysięcznik. Zaryzykuję więc tezę, że 90% muzyków ten egzamin oblewa (pozdrowienia dla tegorocznych maturzystów!). Tylko 1/10 udaje się powtórzyć lub nawet przeskoczyć poziom osławionego debiutu. Ilu trzeba wyrzeczeń, by móc nagrać taką płytę? Więcej niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Poświadczą mi członkowie amerykańskiej grupy Fleet Foxes, którzy egzamin dojrzałości zaliczyli na pięć. 

Na początku były EP-ki. Dwie. Momentalnie przyniosły one zainteresowanie grupą z Seattle. Duża w tym rola internetu. Liczne grono osób z nadzieją oczekiwały pierwszego, pełnoprawnego longlplay'a. W 2008 roku ukazała się płyta zatytułowana po prostu Fleet Foxes. Album okazał się wielkim sukcesem, a znane serwisy muzyczne (Pitchfork, Billboard) ogłosiły ich sensacją roku, a samą płytę - najlepszą jaką wydano w ciągu dwunastu miesięcy. Później były setki koncertów, tysiące wywiadów i wszystko to, co czeka na żółtodziobów zbyt szybko postawionych na szczycie. Panowie w flanelowych koszulach postanowili jednak nie zachłystywać się fortuną, którą przyniosło im życie, lecz zaraz po zakończeniu trasy, weszli do studia, by móc w spokoju nagrywać drugi album. Z nowymi siłami i pomysłami, głodni nieznanych dźwięków.

Po niespełna roku, płyta była właściwie gotowa. Coś jednak nie pozwalało wydać tego albumu; wewnętrzne poczucie, że utwory te, to nie Fleet Foxes z krwi i kości, wierne swoim muzycznym tradycjom i drodze, którą wcześniej obrało. Robin Pecknold tłumaczył się w wywiadach, że nagrywanie następcy Fleet Foxes, przyczyniło się do poważnych problemów personalnych w zespole, ucierpiały jego relacje z dziewczyną i przyjaciółmi. W końcu grupa podjęła decyzję, że spróbują nagrać wszystko jeszcze raz od początku. Tak więc gotowe utwory wyrzucono do kosza i rozpoczęto pracę nad nowymi. Rezultat "drugiej sesji" znalazł się na Helplessness Blues

So now, I am older. Odkąd sięgam pamięcią zawsze podobała mi się tego typu muzyka. Będąc malcem w moim domu był stary akustyk (brzmi jak historia o znanym muzyku:)), na którym lubiłem pogrywać. Może to stąd moje uwielbienie do ascetycznych, akustycznych nut. Pobudzały moją wyobraźnię - ja w przyszłości będę taki jak oni... Simon and Garfunkel, Tim Buckley czy Nick Drake (It's a pink, pink, pink, pink, pink moon) - muzyczni bohaterowie należący do mnie. Cóż, dziś jestem starszy, edukacja muzyczna niżej tu podpisanego stoi sobie w wyznaczonym przez lenistwo miejscu. Nie jest źle, ale mogłoby być znacznie lepiej.

Robin Pecknold także wydoroślał. Teksty w porównaniu do debiutu są głębsze i dotykają sfer metafizycznych (Why is the Earth moving round the sun?/Why is life made only for it to end?). Muzyka na Helplessness Blues jest mroczniejsza, kompozycyjnie znacznie rozbudowana i skomplikowana. The Shrine/Argument to perfekcyjny przykład - ponad ośmiominutowa suita (Sunlight over me no matter what I do), zakończona ekspresyjną, wręcz kakofoniczną partią instrumentów dętych. Myślę, że to jeden z kluczowych utworów, pozwalający zrozumieć filozofię muzyki Fleet Foxes wyrażoną na drugim albumie.

Znane z 2009 roku Blue Spotted Tail, to utwór nieomal a cappella, podobnie jak ongiś Oliver James. Każdą z piosenek wolno przesłuchać kilka razy; na usta ciśnie się nagminnie słowo "piękne". Subtelne harmonie wokalne zachwycają powabem i wdziękiem, jakby były wyjęte prosto z folkowych Biblii lat 60. Grown Ocean to kusicielski mus, gdzie odgłosy fletu, "ześlizgnięć" gitary i współbrzmienie większości członków Fleet Foxes, tworzą idealny finał dla tej płyty. In that dream I could hardly contain it /All my life I will wait to attain it. Głównym faworytem jest The Plains/Bitter Dancer - czynniki sprawcze podobne jak w większości piosenek na tej płycie.

Moim skromnym "odkryciem Ameryki" stał się, po wielokrotnym przesłuchaniu, niezliczonych dyskusjach w gronie przyjaciół, własnych przemyśleniach i obserwacjach, szacunek i podziw dla folkowych hipisów, których muzyka łączy pasję i piękno. Helplessness Blues to wymarzony album dla osób, które pragną usłyszeć więcej. I potwierdzenie, że na Fleet Foxes warto wydawać pieniądze.

A możliwość wsparcia finansowego grupy z Seattle będzie podwójna. Po pierwsze trzeba zakupić nowy album grupy. Dlaczego musicie to zrobić - patrzcie tekst wyżej. Po drugie, zespół w lipcu przyjeżdża do Polski na pierwszy koncert. Muzyczna magia zapłonie 6 lipca w Poznaniu na festiwalu Malta. Czas rozbić świnkę.

Ocena: 8/10

czwartek, 28 kwietnia 2011

Bill Callahan - Apocalypse


Bill Callahan - Apocalypse
Drag City Records
2011

Obudź się Ameryko!


Źle się dzieje w państwie Wuja Sama. Prawie dwie trzecie obywateli tego kraju ma przekonanie, że ich kraj znalazł się w potężnym dołku: finansowym i psychicznym. Rośnie zadłużenie przeciętnego Amerykanina, nadal nie rozwiązano kwestii Afganistanu i Iraku, a superwulkan w parku narodowym Yellowstone zwiększa swą aktywność potęgując jeszcze bardziej minorowe już nastroje Jankesów. Nic więc dziwnego, że prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, postanowił powołać na stanowisko kierownika polityki zagranicznej państwa, Billa Callahana, znanego w środowisku demokratycznym aktywistę, pretendenta do schedy po Obamie. Prezydent ma nadzieję, że lubiany i ceniony na całym świecie muzyk, przekona antagonistów i wrogów Ameryki do słuszności podejmowanych przez Nią kroków oraz podniesie morale upadającego supermocarstwa. 

Mimo że powyższy akapit to zwykła literacka fikcja, ma ona jednak w sobie kilka fundamentalnych prawd. W Ameryce nie dzieje się najlepiej. Prawdą jest także, że Bill Callahan to od lat ceniona postać amerykańskiej sceny muzycznej, której jednak nie po drodze z obecnymi i poprzednimi władzami USA. Na trzeciej płycie sygnowanej swoim imieniem i nazwiskiem, muzyk rozprawia się z wizją kraju potężnego, bogatego i demokratycznego. Ameryka to kolos na glinianych nogach, który upadnie, jeżeli nie zmienimy swego sposobu myślenia. Dwa lata po wydaniu przepięknego albumu Sometimes I Wish We Were an Eagle, który zachwycił samego Lee Ranaldo (zobacz), składającego się w głównej mierze z rozpływających  ballad, czas na kolejny longplay. Apocalypse nie zawiera tylu smaczków co poprzednik, ale uwypukla jeszcze bardziej silny baryton lidera; jak usłyszysz ten głos to nigdy więcej go nie zapomnisz. Na Apocalypse artysta sięga do korzeni amerykańskiej muzyki, wracając (może nie przypadkowo) do swoich muzycznych dokonań znanych jeszcze pod pseudonimem Smog. Apocalypse to przede wszystkim zbiór siedmiu piosenek o gorzkim posmaku rozprawiających się z mitami ojczystego kraju, ale i z mitami dotyczącymi własnego ja. Callahan występuje tu w roli obserwatora i interpretatora.

Nagrany w Teksasie i ozdobiony obrazem Paula Ryana, Apocalypse to miła, niezwykle delikatna płyta. Czy to Riding for the feeling - konfesyjna ballada zagrana na elektrycznym pianinie, urzekająca swoją intymnością i urokiem lub America, gniewny protest song, gdzie Callahan bez ogródek mówi co mu leży na sercu i wymienia swoich bohaterów: Kris Kristofferson, Mickey Newbury, George Jones i Johnny Cash - gdzie oni są? Jest przecież także zamykająca płytę, dziewięciominutowa ballada One Fine Morning. Każdy z utworów wart jest parokrotnego przesłuchania.

Apocalypse może i nie posiada magii, którą obdarzona była jej poprzedniczka, ale wciąż jest to płyta wyróżniająca się z marazmu i średniactwa większości współczesnych, muzycznych wydawnictw. Zawsze też można wrócić do Sometimes...

The real people went away... 


Ocena: 7/10

wtorek, 26 kwietnia 2011

Julian Lynch - Terra


Julian Lynch - Terra
Underwater Peoples Records
2011

Pan Julian nie spuszcza z tonu i rok po niezwykle udanym i docenionym przez nasz blog albumie Mare, mamy dziką przyjemność słuchania trzeciej płyty w karierze tego niezwykle utalentowanego artysty.


Muzyka Juliana Lyncha to specyficzny, wielki muzyczny kocioł wypełniony po brzegi inspiracjami i różnorodnymi wpływami, od jazzu, muzyki etnicznej i world, aż po post-rock. Zróbcie eksperyment. Jeżeli zamkniecie oczy i pozwolicie swobodnie płynąć muzyce Lyncha, to co widzicie? Jakie obrazy, niczym filmowe kadry w zwolnionym tempie, macie przed oczami? No dobra, zamykam oczy i co widzę? Ujęcie pierwsze. Słoneczny, lipcowy dzień, leśna polana, wiatr leciutko przechyla źdźbła traw, a mnie delikatnie muska po twarzy. Siedzę na zielonym dywanie, a w oddali mam cudowny widok na najbliższą wioskę. Dostrzegam każde szczegóły: ludzi oddających się codziennej pracy, beztroskie zabawy dzieci. Spokój, cisza, wytchnienie. Ujęcie drugie. Południowo-zachodnia Afryka. Jedna z wiosek plemienia Himba. My - turystyczna wycieczka, pchana ciekawością i żądzą zobaczenia jednej z ostatnich osad ginącego plemienia. Słuchamy wykonywanej przez nich muzyki i śpiewu, bierzemy udział w odprawianych obrzędach, tańczymy w dzikim uniesieniu podczas szamańskich rytuałów. Mamy świadomość, że jesteśmy jednymi z ostatnich widzów, którzy mają możliwość uczestnictwa w tym przedstawieniu. Kolejnych premier i seansów się nie przewiduje (pozdrowienia od Wielkich Graczy). Ujęcie trzecie. Ciemny pokój, szczelnie zasłonięte okna. Niewielka ilość Jacka Danielsa w szklance, rozcieńczona przez większą ilość Pepsi. Następuje przebiegunowanie organizmu. Panuje dziwna atmosfera smutku, z drugiej strony odczuwam pewnego rodzaju nostalgię, której przyczyny nie mogę sobie przypomieć. Mimo to pojawia się uśmiech. Takie mniej więcej rzeczy ogarniają moją głowę, podczas słuchania muzyki Amerykanina.


Terra nie uczyni z Lyncha kolejną zajawką hipsterów, nie otworzy przed Nim bram i portfeli wielkich wytwórni ani też nie wzbudzi nagłego zainteresowania jego osobą dyrektorów festiwali muzycznych (dlaczego nie było go na Off-ie, nadal tego nie rozumiem). Ludzie nie będą się o niego upominać, a statystyki Last'a czy RYM'u nie odnotują zwiększonej aktywności. Bo on powoli, lecz niezwykle upierdliwie kroczy własną ścieżką, wytyczoną już na Orange You Glad - liryczny minimalizm ustępuje miejsca bogatej muzycznej przestrzeni, skrojonej pod słuchacza, by ten mógł na swój sposób interpretować jego muzykę; Lynch nie próbuje opisywać nam pomysłu na muzykę, gdyż taki książkowy przepis nawet jeśli istnieje, nie jest obowiązującą każdego preskrypcją. Hmmm... well to be perfectly honest I'm never super-proud of the lyrics I write. I feel I need them because I like the sound of the human voice singing words on my recordings, but generally the songs can exist without the lyrics, thus they are usually hidden in the background or indecipherable. 

Terra, trzeci longplay kontynuuje poszukiwania zawarte na Mare, ale pokazuje też Juliana jako coraz bardziej pewnego i świadomego swoich zalet kompozytora i instrumentalistę. Utwór tytułowy w zasadzie streszcza to, co u tego Pana najlepsze - melodyjny klarnet, soczysty bas, ekspresyjna gra na harmonijce i przede wszystkich wokal. Nie są to może wyżyny ludzkiego organizmu; z takim śpiewem nie zwyciężył by żadnego z popularnych obecnie muzycznych programów, ale mnie się podoba. Długość także nie ma znaczenia - czy to "rozległe" piosenki (np. The Flood z Orange You Glad) lub też forma zdecydowanie krótsza, albumowe Water Wheel One, przyjemnie słucha się ich obu. Świetne jest On Eastern Time, gdzie niezwykłe delikatne flażoletowe dźwięki trwające w symbiozie z głosem Lyncha, budują atmosferę medytacji i wyciszenia. Water Wheel Two to taki Stomper 2.0. W porównaniu do poprzedniej płyty, na Terra doszukamy się większej liczby syntezatorów. Ich obecność bez problemów wyczujemy w utworach: Canopy, gdzie otwierają całość, okraszając piosenkę delikatnym wstępem po czym ustępują miejsce klarnetowi i gitarze czy także w Ground, gdzie brzmią jak zabytkowe, kościelne organy. Cała płyta trwa trochę ponad 30 minut. Nie są to minuty stracone. Wręcz przeciwnie - intensywne i ciekawe.

Oczywiste jest, że brak radykalnych czy też nawet niewielkich zmian w porównaniu do Mare, może zniechęcać i być nieco uciążliwy, ale to nie przekreśla potencjału muzyki zawartej na Terra. Nie jest to muzyka idealna na wakacje (choć przyznaję, że poprzednia płyta taką właśnie była!), bardziej wymaga od słuchacza skupienia i zwartości umysłu, ale co to za przeszkoda. Dajcie jej chwilę!

Ocena: 8/10


Recenzja: Julian Lynch - Mare

czwartek, 21 kwietnia 2011

Panda Bear - Tomboy


Panda Bear - Tomboy
Paw Tracks Records
2011

W przypadku tego artysty bycie cierpliwym przynosi sowitą nagrodę. Ponad czteroletnie oczekiwanie na następcę płyty Person Pitch, dla wielu przełomowej, także i dla mnie, odchodzi w niepamięć, gdy przez blisko 50 minut z głośników sączą się dźwięki po prostu genialne. Szamańskie obrzędy i wesela w środku amazońskiej puszczy (Person Pitch) Noah Lennox aka Panda Bear, zamienił na letnie plażowanie przy łagodnym szumie fal (Tomboy). Zanurzmy się i My. 

wtorek, 19 kwietnia 2011

Leno Lovecraft - EP #1


Leno Lovecraft - EP#1
Maman Records
2011

Wiosna wybuchła wszystkimi kolorami, więc muzyka nie może tego przespać. Debiutancka EP-ka Leno Lovecraft to przykład najbardziej kolorowy i zakręcony, gdyż takiej dawki pozytywnych i tanecznych kawałków nie słyszałem od dawna. Już sama okładka zwiastuje napływ cieplejszych mas powietrza nad Polskę. La dolce vita!

środa, 6 kwietnia 2011

Destroyer - Kaputt


Destroyer - Kaputt
Merge Records
2011

Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Najlepiej przy muzyce z Kaputt. Dziewiąty album Dana Bejara to popołudniowe leniuchowanie na kanapie, z otaczającymi mnie słodkościami życia. Nie wszystek Kaputt? Jeszcze nie...


Dan Bejar, kanadyjski niezależny singer-songwriter ma dosyć już szerzenia mesjanistycznej nauki. I write poetry for myself. Niewdzięczny świat zawsze traktował go jako swego rodzaju ciekawostkę, zaproszenia na salony nigdy nie otrzymał. Nie dziwi więc fakt, że facet obraził się na muzykę rockową i postanowił poszukać inspiracji w innych gatunkach muzycznych. Co uważniejsi pewnie wiedzieli już o tym znacznie wcześniej: wystarczyło nieprzeoczyć dwóch mini-albumów Destroyera: Bay of Pigs i Archer on the Beach. 


Ewokacyjność nowego albumu jest potężna. Pamiętam jeszcze zeszłoroczne Gemini, które doskonale przypominało okres młodości, szalonych i niewinnych lat; pomyłką i niezrozumieniem byłoby jednak nazwanie Kaputt takim samym rodzajem muzycznej ekspresji. Na nowym krążku Bejar ciepło wspomina, otwierając się przed słuchaczem, okres gdy namiętnie słuchał Avalon i na nowo poznawał muzykę Steely Dan oraz solowe dzieła Bryana Ferry'ego. Nie zapomniał także o grupie New Order i kompozytorach muzyki filmowej (Michael Mann czy Alan Rudolph). Ciężko jest słuchając tego dzieła nie wracać do przeszłości, nie biec po ścieżce wspomnień, tych bardziej wyrazistych jak i tych wyblakłych, odczytując z nich znane osoby i miejsca.

Swan Lake, The New Pornographers i Hello, Blue Roses. Projekty, w których bierze udział Daniel to jedne z jaśniejszych punktów na muzycznej scenie. Śmiało można powiedzieć, że czego się ten Pan dotknie, zawsze obrośnie to w dobry i wartościowy kruszec, posiadający moc łowienia zachwytów i szacunku. Aktywność od ponad 15 lat nie czyni go artystą wypranym i wypalonym z pomysłów - ciągle szuka czegoś nowego, inspirującego a z rzeczy wtórnych potrafi wydobyć coś intrygującego - za to należy mu się znaleźne.

Tytuł płyty może mylić. Gehe bitte nicht kaputt, ich kann es mir nicht leistenW życiu pobierałem nieco lekcji języka niemieckiego i wiem, że słowo to oznacza, cytuję: przymiotnik potoczny zepsuty, wykończony; ewentualnie w połączeniu z czasownikiem może brzmieć jako: ich bin kaputt, co oznacza jestem wykończony. Zaświadczam tu, na łamach tego bloga, że nowy album Destroyera nie jest w stanie zepsuć wam niczego, i nie prowadzi ku ogólnemu zmęczeniu organizmu. Zmęczenie materiału występuje, lecz najwcześniej dopiero po dziesiątym odsłuchuco nie jest normą dla wszystkich. Zmęczony czuje się sam Bejar...

Rozłóżmy album na czynniki pierwsze. Destroyer chyba jeszcze nigdy nie był tak dostępny i przyjaźnie nastawiony do słuchacza jak na Kaputt. Pierwsze nuty rozpoczynające singlowe Chinatown zdradzają kierunek w jakim Kanadyjczyk postanowił się udać na swojej dziewiątej płycie. Będzie przede wszystkim soft-rockowo, gładko, new romantic, czysto, z domieszką pierwiastka smooth i jazzowego feelingu. Mamy "tandetne" dźwięki trąbki i saksofonu nagrane, ot tak, po prostu. Wokal Bejara też brzmi jakby od niechcenia, zrezygnowany ale ma swój urok i charyzmę, która jak magnes przyciąga uwagę słuchacza. Utwór tytułowy fascynuje (Sounds, Smash Hits, Melody Maker, NME, 
all sounds like a dream to me), bawiąc się charakterystycznymi dla The Cure gitarami i udając mini orkiestrę dętą, w której to trąbka ma problemy ze stawami a saksofon bolą mięśnie, koncertując na osiedlowych skwarach i w strażackich remizach. Suicide Demo for Kara Walker rozpoczyna ciepłe, syntezatorowe tło i ujmujący flet oraz gitara. Piosenka ta to współpraca Daniela ze znaną artystką Karą Walker. O samym powstawaniu tego utworu muzyk pisał tak (dla serwisu ArtInfo):
Some of the Kara Walker song I didn't actually write. She sent me cue cards with little text pieces in the spring of 2009, maybe even earlier. It's all become quite foggy as to what she did and what I did with it. I think, more than anything, it's an insight into the way an old-school Destroyer song comes about. Merge Records was doing a mammoth monster box set for their 20th anniversary. They asked for contributions from Merge artists and people not in the music world, and Kara was one of them. She was sent a giant crate of Merge catalogue to make a mixtape from, or maybe do something else. For some reason, the Destroyer stuff was what really spoke to her, and one of the ideas she had was that she would send me these text pieces and I would make a song out of them. I was pretty hesitant at first because I had never done anything like that before. I thought, "this is pretty cool writing," and I kind of just went from there.
Świetnie wypada także Savage Night at the Opera, gdzie szybki motoryczny bit, w połączeniu z lekko przesterowaną grą gitary przywołuje nowofalowe zapędy rockowych zespołów z lat 80. i ich synth-popowe wycieczki. Płytę wieńczy znany z EP-ki utwór Bay of Pigs, najspokojniejszy i wcale nie różniący się w dużym stopniu od swoich poprzedników na płycie. Wokalnie Bejara wspiera Sibel Trasher, której timbr głosu nadaje albumowi pewnego uzupełnienia i przeciwstawności do wokalu Daniela.

Destroyer fot. Ted Bois
Off Festival 2011 i okładka. Na tym pierwszym Kanadyjczyk wystąpi już w sierpniu, z czego bardzo się cieszymy, gdyż jego częstotliwość podróżowania do Europy, mieści się w przedziale: rzadko. Z tego drugiego, czyli okładki, Destroyer także powinien być dumny. Dla nas to jeden z piękniejszych artwork'ów tego roku. Zwykła czarno-biała fotografia, przedstawiająca samego Bejara trochę z boku, wyobcowanego - idealnie współgra to z zawartością płyty, a i wartość estetyczna - wysoka. 

Your Blues. Płyta klucz. Jeżeli do tej pory nie słuchałeś żadnego z jego długograjów, zacznij od Your Blues. Odważny, wizjonerski koncept muzyczny, gdzie w głównej roli obsadzono instrumentarium epoki MIDI - zachwyca od pierwszej sekundy i pozostawia usta szeroko otwarte tuż po zakończeniu odsłuchu. Ale.. Przepraszam za swoją niefrasobliwość - od tej płyty należałoby zacząć lecz nie przestawajcie na tym. Właściwie każde wydawnictwo Destroyera ma w sobie coś zachwycającego, czułego i ujmującego, więc kolejność tak naprawdę nie gra w jego przypadku większej roli. 

Eliminując luki w pamięci, przypomniałem sobie jeszcze o świetnym teledysku do utworu Kaputt. Też czołówka roku A.D. 2011. A panią w niebieskim proszę o telefon lub e-mail. 

Reasumując, nowy Destroyer posiada niszczycielską moc, której siłę będziemy w stanie poczuć i doświadczyć w sierpniu w Katowicach. Wierzę, że do tego czasu Kaputt nie zwolni miejsca w moim odtwarzaczu na rzecz innych artystów. Skok w bok i zmiana kierunku muzycznego Bejara pokazały jak wielki to artysta i jak niedoceniany. Tym razem jednak los uśmiechnął się do kudłatego Kanadyjczyka, co pozwoli mu wyjść z cienia i odebrać zasłużoną nagrodę. Uznanie i szacunek. Sława jako gratis. 

Ocena: +8/10

sobota, 26 marca 2011

DREKOTY - Trafostacja EP


Drekoty - Trafostacja EP
2011

Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc, bo gdyby nie chcąc to raczej by nic się nie pisało. A jak się pisze to najlepiej z chęci, a nie z przymusu. No i co, no i dobra, zacznijmy :)


Drzeć koty można naprawdę z wielu powodów, z błahych i tych naprawdę poważnych. Drzeć koty można również w sposób artystyczny, ale trzeba spełnić dwa warunki:
 - po pierwsze primo - należy uczęszczać do szanowanej uczelni.
 - po drugie primo - należy mieć żyłkę artystyczną (jak bohaterka naszej recenzji)

Wiem, wiem ciężkie kryteria, ale cóż, tylko wybrańcy mogą się dostosować. Drą koty i to zazwyczaj same koty; kto kota miał wie, że to zajadłe bestie i rany goją się okropnie kiepsko. Taki symbol zajadłości waśniowej, darcie kotów... A gdyby tak stanęli na przeciwko siebie i artystycznie podarli maskotki kotów, na zgodę? - nasza najwyższa władza podarła by całego "smyka" kotów i uścisnęliby sobie dłonie, dochodząc do porozumienia ws. reformy emerytalnej. A gdyby symboliczne koty rozdarli pomiędzy siebie Mr. Kaddafi z całą koalicją przeciwko niemu... I ropa by była, i pokój by był, i złotem by się podzielili i wszystko byłoby naprawdę ok. Z kotem pod pachą można podejść do sąsiada i przyznać: Sąsiedzie, nie powinienem brać Ci tych orzechów laskowych co z Twojego drzewa gałęzie wisiały nad moim podwórkiem, podrzemy kota na zgodę?. Można obrócić tę mądrość ludową w zupełnie odwrotnym kierunku i wcielić w życie. Pierwszy krok ku temu zrobiła Ola Rzepka nazywając swój projekt muzyczny - DREKOTY.


Z swojej strony powiem niewiele, acz treściwie... Darcie kotów czy terkoty trykotów? Drekoty to swoiste laboratorium muzyczne zaklęte w jednym zdaniu. To jest niczym wynalazek, rewolucjonizuje zupełnie muzykę alternatywną, wybija ją na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia. Wsłuchajcie się.. Mocniej!.. Czujecie? Słyszycie? Perkusja gra tu pierwsze skrzypce... Jestem fanem perkusji, ogromny podziw dla Ciebie i liczę na wiele udanych transakcji utworowych. I mam nadzieję, że w końcu uda Ci się udomowić muzykę alternatywną, aby była bliżej człowieka. Nie używam masła do pieczywa, ale słuchawki Masłem obsmarowałem. I tak Ola Rzepka podarła koty. Podrzyj kota na zgodę z muzyką alternatywną i Ty. (Nataniel)

Ola Rzepka, fot. W.Olszenka
Są momenty w życiu kiedy każdy pragnie zrobić coś wyłącznie dla siebie. Z takiego założenia wyszła również Ola Rzepka, znana szerszej publice jako perkusistka udzielająca się w licznych projektach m.in. Pogodno, Sprawcy Rzepaku czy The Complainer. Teraz jednak rozpoczyna solową przygodę w projekcie Drekoty, w którym łączy ekspresyjną grę na perkusji i krześle (sic!) z elektronicznymi brzmieniami. I należy od razu zaznaczyć, że symbioza ta tchnie świeżością i kreatywnością rzadko spotykaną w polskim światku muzycznym. Drekoty to także próba zmierzenia się z wyzwaniem czy muzyka alternatywna może być jednocześnie przystępna. Darcie kotów czy terkoty trykotów? Czteroutworowa EP-ka Trafostacja została wyprodukowana przez Wojtka Kucharczyka (The Complainer), a swoją premierę miała 11 marca - być może istnieje pewien niepisany związek z trzęsieniem ziemi i tsunami w Japonii, ale tym niech zajmują się "spece" od teorii spiskowych. My zajmijmy się esencją Trafostacji - przebojami.

Każdy z czterech utworów zaskakuje. Singlowe Masłem to przewrotna pieśń zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym (klawiszowy mostek od 2:53 - normalnie spadam, w sensie wybitnie pozytywnym). Spadam masłem w dół/ niezdolna jak woda z kranu. Poddania zachwyca bogatymi kolorami klawiszy, połamanymi rytmami i niemal wykrzyczanymi zwrotkami. Puste zdaje się pełne. Utwór tytułowy Trafostacja, to instrumentalny dziw stworzony za pomocą wszelkiej maści instrumentarium: klawiszy, krzesła, bębna i glockenspiela. Ostatnia piosenka - Oścież, kapitalnie przebojowa kompozycja, którą mamy nadzieję usłyszeć na debiutanckim długograju Oli.

Wokalne wsparcie zapewnia Marysia Dąbrowska. Obecnie grupa Drekoty przygotowuje debiutancki, pełnoprawny album oraz przymierza się do trasy koncertowej, w czasie trwania której skład zespołu zasili Magda Turłaj (czyt. Karotka).

Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Otwórzmy szeroko drzwi na oścież! Nie drzyjmy kotów, bo nie ma o co. Muzyka alternatywna rzadko kiedy jest tak przystępna. (Mariusz)

Ścieżki ku wtajemniczeniu:

http://www.drekoty.pl
http://drekoty.bandcamp.com/
http://www.facebook.com/drekoty


czwartek, 24 marca 2011

Dolphins Into The Future - Ke Ala Ke Kua


Dolphins Into The Future - Ke Ala Ke Kua
KRAAK Records
2010

Opuszczamy Polskę, przeskakujemy kontynenty i strefy czasowe, zapominamy o wiośnie. Lecimy na Kealakekua Bay, by w tym historycznym miejscu, pośród rozlicznych jaskiń, kokosowych palm, efektownych raf koralowych i egzotycznych zwierząt morskich zanurzyć się głęboko w gęstej atmosferze hawajskiego lata i wszechobecnych inspiracji. Towarzyszył nam będzie Lieven Martens znany szerzej jako Dolphins Into The Future, który wspomni o swojej dwumiesięcznej podróży w te rejony, którą odbył na początku 2010 roku. Kealakekua Bay wita!


1. Ke Ala Ke Kua

Kim jest Lieven Martens? Ten belgijski muzyk, jedna z najważniejszych postaci tamtejszej sceny awangardowej, od kilku już lat tworzy własne muzyczne światy. Po spędzeniu dwóch miesięcy w zatoce Kealakekua, badając zachowanie delfinów i humbaków, Martens postanowił wydać krótki, bo zaledwie trzyutworowy winyl, na którym zarejestrował wszystkie dźwięki otaczające go przez ten czas, uzupełniając je swoim charakterystycznym pismem - elektroniką spod znaku new age. Wystarczy posłuchać pierwszego, tytułowego utworu, gdzie dochodzi do pięknego kolażu saksofonu, syntezatorów i powklejanych tu i ówdzie taśm ubarwionych polinezyjskimi "okrzykami" i rytmami. Nad wszystkim unosi się szum morskich fal, śpiew ptaków. Może tak: jeżeli chcecie za darmo przetransportować się nad pogodny brzeg Kealakekua Bay, poleżeć sobie na hamaku rozciągniętym pomiędzy dwoma bananowcami, to nie ma innego sposobu jak tylko ta płytka winylowa.

2. Ho'okena'aha Halawai


Pozycja druga na trackliście, to już brzmienie typowe dla Dolphins Into The Future. Ambient z mocnym kopniakiem od sceny new age, coś pomiędzy twórczością Lopatina z Oneohtrix Point Never a wydaną w zeszłym roku kompilacją utworów Stellar Om Source. Created with the Dave Smith Evolver keyboard, and the angel vocals from the Casio CTK810. Moim zdaniem najłatwiej przyswajalna piosenka dla niewymagającego słuchacza (i nie chodzi tylko o długość tracka!).

Och, Kealakekua...

3. Ko'okika Moku'aina


Śpiew ptaków i bicie w bębny - być może właśnie o tym śnił Belg, gdy w końcu mógł się wyspać - ponad dwa tygodnie z ograniczoną ilością snu. Ambicja znaczy swój teren. Wszystkie dźwięki, także te w Ko'okika Moku'aina (fale rozbijają się o Twoje stopy, ptaki siadają Ci na ramionach, słomkowy kapelusz ochrania Twą głowę przed piekielnym Słońcem), składają się na wakacyjną pocztówkę, wysyłaną do znajomych, sprawiającą że choć raz mają nam czego zazdrościć.

Pozdrowienia z Kealakekua!

Witam wszystkich czytelników Sundown Syndrome. Nigdy nie byłem w Polsce, ale jestem pewien, że i u Was jest równie pięknie co tutaj. Może nie ma takich temperatur jak w zatoce, ale to wcale nie oznacza braku gorącej atmosfery międzyludzkiej. Cieszę się z zainteresowania jakie wywołała moja płyta i życzę Wam krystalicznie czystej i błękitnej pogody ducha. Pozwoli Wam ona przetrwać okres oczekiwania lata. Gdyby jednak nie zamierzało ono nadejść w ustanowionym terminie (tj. 21 czerwca dla półkuli północnej) pamiętajcie o moich nagraniach - w nich lato nie jest ograniczone żadnymi ramami. 

Cześć!
D.I.T.F

Czytelnicy - odpuśćmy sobie Polską Wiosnę. Posiada ona swoje uroki i atuty, ale najpiękniej jest w Kealakekua. Najtańszy kredyt hipoteczny jest w PKO, więc zakupmy tam ziemię i postawmy domy. Raj na Ziemi jednak istnieje.

Ocena: +7/10

środa, 23 marca 2011

The Strokes - Angles


The Strokes - Angles
2011

Zbawiciele rocka. Komitet Przewodniczący Nowej Rockowej Rewolucji. Minęła dekada a liczbę ich zagorzałych wyznawców można policzyć na palcach jednej ręki. 


Mnie również się to przydarzyło. Dziesięć lat temu, gdy usłyszałem Is This It, byłem pewien że to jest to! Te odczucia scementowała również Room on Fire, choć daleko jej było do geniuszu debiutu. Trzeci krążek postawił człowieka w niepewności: czy to już koniec The Strokes? Umówmy się, First Impressions of Earth nie był nawet dziełem na piczforkową "6". Od Zbawicieli oczekuje się czegoś najlepszego, jedynego w swoim rodzaju by móc zadowolić swoich wyznawców. A tu co? Ja zmieniam wiarę! Nie są w stanie przekonać mnie świdrujące riffy i mini-solówki Valensiego czy jęczenie Casablancasa. Tego ostatniego jest tu najwięcej, także w sferze muzycznej (chociażby w utworze Games gdzie łatwo można dosłyszeć brzmienia z solowego krążka wokalisty Phrazes for the Young), ale to nie jest największy zarzut. To co najbardziej drażni słuchacza, a po dwóch przesłuchaniach staje się nie do zniesienia, to fakt, że Angles nie ma w sobie żadnej iskry przebojowości. Gdzie się podziały te wszystkie melodie, wpadające w ucho od pierwszego przesłuchania? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Nawet zagorzała fanka tego zespołu, ślepo w nich zakochana, trójkowa Anna Gacek musiała powstać z kolan. No nie ma rady...

Teraz krótka kalkulacja:

"+" z łaski daję im go za Machu Picchu i singlowe Under Cover of Darkness (kolejny raz zdarza się, że początek płyty okazuje się jedyną wartą słuchania częścią ich płyt)
"-" cała reszta, a w szczególności okładka

Nie mam ochoty pisać i zgłębiać się w tym temacie. Idę posłuchać sobie Is This It i waląc głową o ścianę zadam sobie pytanie: czy tak miało być?

Ocena: 2/10

środa, 16 marca 2011

Blue Valentine


Blue Valentine
reż. Derek Cianfrance
USA 2010

Nie dajcie się zwieść tytułowi tego filmu, gdyż wcale nie jest on tak słodki jak walentynkowe serce. A miłość rzadko bywa tą "na zawsze". Obraz Dereka Cianfrance to gorzka opowieść o dwójce ludzi, których uczucie zniszczyła codzienność.

W życiu nie ma niczego pewnego - chciałoby się powiedzieć tuż po seansie Blue Valentine. Bajki to domena kina, nie realnego świata. Amerykański reżyser, Derek Cianfrance postanowił zdemaskować kolejną bajkę, którą jesteśmy karmieni - wielką miłość (tak, tę samą przez niektórych nazywaną miłością bezgraniczną i nieskończoną). Pierwszym elementem, który najbardziej wysuwa się przed szereg jest dwutorowość fabuły. Akcja filmu toczy się w dwóch niezależnych płaszczyznach czasowych. W pierwszej poznajemy Deana i Cindy jako małżeństwo z kilkuletnim stażem, mające małą córeczkę. Na pozór wszystko wygląda wspaniale. Główny bohater to przykładny mąż i ojciec, mocno kochający swoją rodzinę. Rodzinę, o której nigdy nie marzył, a bez której teraz nie wyobraża sobie życia. Ona, ambitna, młoda i atrakcyjna kobieta, której nie do końca odpowiada rola żony i matki, marzy o karierze lekarza (ukończona medycyna), zawodowym awansie, spełnianiu swoich pasji i wyznająca zasadę, że szczęście to działanie nie posiadanie. Oboje jednak wiedzą, że ich małżeństwo nieuchronnie zmierza do końca. Podejmują o nie walkę (a właściwie to Dean), próbując wskrzesić namiętne, młodzieńcze uczucie, lecz nawet "Pokój przyszłości" nie zlikwiduje tej niewidocznej granicy, którą przekroczyli. Teraz stoją po przeciwnych stronach. Miłość, seks, gorące uczucie - wszystko to straciło smak. Po prostu się wypaliło. Strach przed prawdą jest ogromny.

Druga płaszczyzna przedstawia moment spotkania głównej pary. Widzimy ich pierwsze wspólne chwile, nieśmiałe spojrzenia i rozmowy, taniec Cindy i śpiew Deana - chyba jedna z piękniejszych i zapadających na długo w pamięć scen z filmu. To poprowadzenie fabuły dwoma ścieżkami, przeplatającymi się wzajemnie, uważam za ogromny atut Blue Valentine.



Kolejnym jest muzyka, istniejąca głęboko w tle, wyłaniająca się z ciszy ale nie zagłuszająca, nie wiodąca prymu w filmie. Nic dziwnego skoro za ścieżkę dźwiękową odpowiada dobrze nam znana, amerykańska formacja Grizzly Bear. W filmie oprócz utworów wspomnianego zespołu ( trzy piosenki z Veckatimest i EP-ki Friend, a także dwa z Yellow House) można usłyszeć The Platters czy powiązane z misiami grizzly Department Of Eagles. Część utworów napisał lub zaśpiewał Ryan Gossling, między innymi You Always Hurt The Ones You Love. Ale najważniejszą piosenką dla głównej pary bohaterów pozostaje You and Me Penny and The Quarters - jak mawia Dean: Wszyscy mają swoje piosenki, ale się nimi dzielą. To jest nasza piosenka. Tylko dla nas. 


Lecz największe słowa uznania należą się parze aktorów, którzy wcielili się w pierwszoplanowe postaci. Michelle Williams i Ryan Gossling zagrali tu role swojego życia. Szczególnie Williams, która wcielając się w Cindy grała samą siebie. Miłość i uczucie, córeczka i w końcu rozpad jej małżeństwa z Heathem Ledgerem - wszystko to znajdziemy przetworzone w filmowym obrazie. Nie będę tu ukrywał rozgoryczenia i złości do Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznając Oscara Natalie Portman i nie nominując Gosslinga do tej nagrody, straciła resztkę mojego szacunku do tego oficjalnego "ciała". No, ale nam nigdy nie było po drodze... To chyba najlepsza rola Ryana od czasów Fanatyka i potwierdzenie, że jest jednym z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia.

Śmieszy fakt, że MPAA (Motion Picture Association of America) zajmująca się m.in. nadawaniem ograniczeń wiekowych filmom, wchodzącym do amerykańskiej dystrybucji, przyznała Blue Valentine kategorię NC-17 co oznaczało komercyjną śmierć, podkreślmy tu, niezależnego obrazu. Na szczęście skuteczne odwołanie się do tej organizacji przez producenta, pozwoliło zmniejszyć te ograniczenia wiekowe. Ja naprawdę nie wierzę, że młodzi, nastoletni Amerykanie czy Polacy muszą iść do kina z rodzicami by obejrzeć to dzieło. Współcześni nastolatkowie "tolerancyjni i nowocześni", ekscytujący się głównie przyciskiem Lubię to i nową kolekcją w H&M, robią znacznie bardziej wyuzdane rzeczy niż para głównych bohaterów i to w wieku dalekim od 17 czy 18 lat.

Jedynym minusem Blue Valentine paradoksalnie wydaje się być fabuła. Tworzona 12 lat (podobno!) przez Cianfrance i Joey Curtis nie do końca oddaje zawiłość psychologiczną bohaterów filmu. Gdyby nie świetna gra aktorska, trudno byłoby wytrzymać do końca seansu. Ale to w zasadzie jedyna wada. A więc 3:1. Wynik  na korzyść Niebieskiej Walentynki.

Blue Valentine - film bardzo dobry, o smaku słodko-gorzkim. Obowiązkowa pozycja w Twoim filmowym repertuarze tego roku. I informacja dla wszystkich "szczęsliwie" zakochanych: nic nie jest wieczne.

Ocena: -8/10


P.S. Ulubiona piosenka Deana i Cindy


środa, 2 marca 2011

COCTAIL PARTY - LUTY

image by Christian Pitschl
Efekt coctail party - zjawisko to umożliwia skupienie się na jednym sygnale wyodrębnionym w środowisku akustycznym, przy zachowaniu możliwości odbioru pozostałych dźwięków pochodzących z wielu źródeł o różnej lokalizacji


Karolina postanowiła wyjść na krótki spacer, pomimo późnej pory. Zegar z kukułką w środku, znajdujący się w głównym salonie pokazywał północ, ale to nie zniechęciło jej do opuszczenia domowego gniazda i udania się na nocną przechadzkę. Nie bała się o siebie. Już w podstawówce ćwiczyła karate i zapasy, więc nie przekonywały ją argumenty typu: jesteś tylko kobietą! Kopenhaga nocą jest znacznie bardziej pociągająca niż za dnia. Nieopodal stacji metra, na ogromnym deptaku, zauważyła małą grupkę młodych ludzi; być może byli nawet w jej wieku. Bardzo głośno o czymś rozmawiali, a argumenty jednych wyśmiewali drudzy. Zaciekawiona i zaintrygowana całą tą sytuacją Karolina podeszła bliżej i zapytała: Cześć. O czym tak namiętnie rozmawiacie? Najwyższy z nich, blondyn o niebieskich oczach, rzucił przyjacielski uśmiech, taki który od razu można sklasyfikować jako: Lubię cię! Popatrz! - rzekł i podał Karolinie śliski w dotyku papier, a pierwsza strona straszyła i krzyczała ogromnymi jak ludzki strach napisami: JUŻ JEST!!! LUTOWY COCTAIL PARTY!!! Karolina nie wiedziała co powiedzieć. Informacja ta całkowicie zburzyła jej dotychczasowy świat i zmusiła do przymusowego, kilku sekundowego nie wtłaczania powietrza przez nos i jamę ustną. I co ja teraz zrobię - pomyślała. Nie było innego wyjścia. Musiała przeczytać kolejne strony...



poniedziałek, 28 lutego 2011

Nikt nie rozumie perskich kotów


Nikt nie rozumie perskich kotów 
reż. Bahman Ghobadi 
Iran 2009

Music is my radar

Muzyka łagodzi obyczaje. Zdanie wypowiedziane kilkanaście wieków temu przez greckiego filozofa i myśliciela - Arystotelesa, nie sprawdza się we współczesnym Iranie, gdzie tworzenie muzyki uznawanej przez system za zakazaną, staje się powodem do prześladowań, aresztowań i eskalacji przemocy. Film Bahmana Ghobadiego wprowadza nas w świat irańskiego, muzycznego undergroundu niczym nie różniącego się od tych znanych na całym świecie miejsc, gdzie młodzi ludzie przelewają swe uczucia w dźwięki. Z tą tylko różnicą, że Wielki Brat ma ich ciągle na oku!  


poniedziałek, 21 lutego 2011

Radiohead - The King of Limbs


Radiohead - The King Of Limbs
2011

Ósmy album brytyjskiej legendy muzyki alternatywnej, tylko potwierdza fakt, że najlepszy zespół świata wciąż jest w znakomitej formie. The King of Limbs, podobnie jak przed dekadą Kid A, dzieli fanów i recenzentów na dwa skrajne obozy, ale argumenty jednych i drugich niechaj umilkną w dźwiękach wydobywających się z głośnika. Bo liczy się muzyka! A w jej tworzeniu Radiohead nie ma sobie równych.