Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

Kobieta w czerni



Tytuł: „Kobieta w czerni” (PL),  „The Woman In Black” (ANG)
Reżyser: James Watkins
Produkcja: Kanada, Szwecja, Wielka Brytania
Gatunek:  Dramat, Horror
Premiera: 2 marca 2012  (Polska)  3 lutego 2012  (Świat)

Nie wiecie, po co przyszła, że wróci bądźcie pewni. To widmo ciemności, to Kobieta w czerni”   legenda Crythin Gifford.

Lubicie legendy? Tak? Ale takie, w których opisana historia chwyta za serce, porusza do głębi, historia miłosna, prawda ? Tak myślałam.. Niestety – dzisiaj nie przedstawię Wam żadnej przyjemnej i budującej w nadzieję opowieści. Będzie to raczej przepełniona bólem, goryczą i przerażającą bezsilnością historia pewnej Matki…

Mamy początek XX wieku. Młody prawnik, Arthur Kipps, otrzymuje od swojego Szefa rutynowe zlecenie – ma udać się do pewnej angielskiej prowincji i zająć się uporządkowaniem dokumentacji i sprzedażą Domu na Węgorzowych Moczarach, po niedawno zmarłej właścicielce. Ot – typowe, nudne, papierkowe zajęcie. No więc nasz bohater żegna się ze swoim małym, ślicznym synkiem i wyjeżdża z Londynu. Niestety, na miejscu spotyka go dość nie miła niespodzianka – i nie wiadomo czy spowodowane jest to branżą jaką reprezentuje (która nomen omen, powszechnie nie cieszy się sympatią), czy też może zaściankową mentalnością tutejszej ludności, ale jedno jest pewne- mieszkańcy wyraźnie czują do niego niechęć, a wręcz unikają jak ognia. Arthur, mimo że co nóż spadają na niego wyrazy pogardy ze strony otoczenia, postanawia zapiąć sprawy na ostatni guzik i dokładnie przewertować dokumentację znajdującą się w Domu na Węgorzowych Moczarach.

No i się zaczyna…

Nie dość , że sama droga wiodąca do posiadłości  znajdującej się na wyspie, wije się wśród mgły, pokrywającej bezkresną połać bagna i przyprawiała mnie o dreszcze wraz z męczącym przeświadczeniem  „że coś się święci ( i do najświętszych bynajmniej nie należy)”, to sam cel podróży definitywnie potwierdza kategorię do jakiej film należy.
Piękna (kiedyś była z pewnością ), otoczona ogromnym i ziejącym niepokojem kniejem, posiadłość, robi wrażenie już na pierwszy rzut oka. Za drugim nie jest już tak przyjemnie, a kiedy zupełnie zamkniemy oczy.. cóż- wtedy właśnie możemy coś zobaczyć.
I właśnie tego ostatniego doświadcza Kipps. Można to zdefiniować, podążając za słowami jednej z kapel : „… gdy rozum śpi- budzą się demony”. W naszym przypadku chodzi o konkretnie jednego demona- ducha, zjawę, marę, straszydło… A może po prostu niespokojną duszę matki, która po utracie swojego dziecka, zaznaje wiecznego niepokoju.

Reżyser i scenarzystka nie poskąpili efektów, które budują ten niesamowity klimat w filmie – cisza, ponure barwy, wciąż dżdżysta pogoda i nieprzenikniona ciemność panująca w posiadłości, która zmusza nas do coraz dokładniejszego wpatrywania się w otchłań, z której „coś” nagle wyskakuje. Niby banalne, a działa. Skutecznym okazał się pomysł powrotu do stylizacji klasycznego gotyckiego filmu grozy. I właśnie taki był zamysł Jamesa Watkinsa – stworzenie obrazu, który przerażałby widzów nie ogromem przemocy i rozlewu krwi na ekranie, ale opowieścią o bezgranicznej tęsknocie za najbliższą osobą, która przeradza się w furię, która zaślepiając do głębi, popycha nas do zbrodni na niewinnych.  Mam wrażenie, że pomysłem reżysera było zamknięcie w kapsułce syntezy tego, czym jest koszmar żałoby. Czy mu się udało? Oczywiście. Dlatego cała konstrukcja filmu, po głębszym namyśle, przypomina bardziej połączenie dużej dawki dramatu, z elementami (bądź „straszakami” jak kto woli) horroru.

Na koniec mała wzmianka o ekipie aktorskiej: odtwórcą roli Kippsa został sławny Daniel Radcliffie, znany chyba na cały globie, ze swoich czarodziejskich wyczynów. Ale jak to ze sławą bywa, niesie za sobą spore obciążenie. I tak przez cały film śmiałam się w duchu, że „Harry Kipps” wyciągnie zaraz różdżkę i rzuci w przestrzeń jakimś zaklęciem, lub po prostu ucieknie gdzie pieprz rośnie na Błyskawicy. Nie uciekł. Zagrał do końca, a  nawet wyszło mu to nieźle z jego dźwięcznym brytyjskim akcentem, chociaż młoda buźka nie do końca pasowała mi do roli doświadczonego przez życie ojca…

Można oglądnąć. Nie spodziewać się przełomu w swoim życiu  po wyjściu z kina. Ale z dużym prawdopodobieństwem tego wieczoru może Wam się nieswojo zasypiać…

Ocena: 7/10

Made by Ela.

piątek, 6 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011: Filmy



1. Drzewo życia, reż. Terrence Malick, USA 

Nadworny poeta Hollywoodu w wybornej formie. Drzewo życia, tak jak poprzednie filmy Malicka, podzieliło krytyków i zwykłych kinomanów; zarzucano temu filmowi bycie "wydmuszką", zwracano uwagę na bezsensowność całej historii i pretensjonalne zakończenie. W tym całym fermencie nie zauważono jednak jak wspaniale Malick połączył rodzinną tragedię zwykłej amerykańskiej rodziny (w latach 50 XX w.) z modlitwą do Boga i medytacją nad sensem życia. Piąty film w dorobku tego filmowego poety, i kolejny, który mnie zachwycił. Całkowicie zasłużona Złota Palma w Cannes. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Drzewo życia


2. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi, Iran 

Irańska kinematografia zachwyca od dobrych kilkudziesięciu lat, lecz w ostatnich latach zmieniło się jej postrzeganie. Z obrazów przesyconych poezją (np. film Majida Majid - Kolory Raju), wyłoniły się filmy nie obciążone tak mocno impresjonistycznym balastem, w zamian oferujące błyskotliwą i wciągającą fabułę oraz dialogi, uwypuklając jeszcze mocniej podziały w irańskim społeczeństwie. Poprzedni film Farhadiego - Co wiesz o Elly, stanowi z perspektywy czasu preludium do tego, co widzimy w Rozstaniu. Znakomity film!


3. Circumstance, reż. Maryam Keshavarz, Francja-USA-Iran 

Historia dwóch przyjaciółek, które żyją w świecie zdominowanym przez zakazy, mężczyzn, konserwatyzm i fanatyzm religijny. Ten film to przede wszystkim głos o wolność jednostek, o możliwość realizowania własnych marzeń. To wspaniała historia zbuntowanych dziewcząt odkrywających swą seksualność w tradycyjnym irańskim społeczeństwie. Świetnie zagrany przez młodych i zdolnych aktorów. Zniewalająco działa na widza. 


4. Kieł, reż. Giorgios Lanthimos, Grecja 

Chory film - tak jest najczęściej określany obraz Lanthimosa. Może i tak, ale sami przyznajcie, że ciężko jest porzucić oglądanie tego filmu w połowie. Znacznie lepszy od Attenberg (2010, również z Grecji), straszny ale i momentami groteskowy, pokazujący jak łatwo jest manipulować drugim człowiekiem, ucząc go zupełnie odmiennego, od rzeczywistego, postrzegania świata.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Kieł


5. Moskitiera, reż. Agusti Vila, Hiszpania 

(Nie)Zwyczajne małżeństwo przechodzi kryzys. Mąż zamiast dbać o żonę i syna, zajmuje się doświadczoną przez los, piękną służącą. Matka wdaje się w romans z kolegą swego syna. Syn bierze narkotyki i przynosi do domu kolejne bezpańskie psy i koty. Kluczowa wydaje się być ostatnia scena - scena wspólnego obiadu, podczas którego spotyka się cała rodzina. Moskitiera, którą nawzajem się otoczyli, sprawia, że nie chcą już nikogo więcej w swoim otoczeniu, bo właśnie w nim czują się najlepiej. Plus - kapitalna, niewielka rola Geraldine Chaplin. 


6. Sala Samobójców, reż. Jan Komasa, 2011

Sala Samobójców to film egoistyczny, o egoistach, dla ludzi.. Film szokujący i prawdziwy, w dobie tak mocnej ekspansji internetu w nasze codzienne życie, nie zostawia suchej nitki na problemie jaki może wyniknąć ze zbyt poważnego traktowania wirtualnego świata. Dodatkowo, całkiem niezła ścieżka dźwiękowa, o którą w polskich filmach nie zawsze jest łatwo. Ktoś może powiedzieć, że jest to beznadzieja, nic nie wnosi ten film i nie skłania do szczególnych rozmyślań. Ktoś jest egoistą...




7. Dom Snów, reż. Jim Sheridan, USA

Zdarza się, że realizm snów powala na kolana nasz umysł i jego poczucie rzeczywistości.. Wtedy może to być najgorsze albo i najpiękniejsze 30 sekund skołowania. W niektórych przypadkach ma to głębsze podłoże, które trudno wyjaśnić, ciężko zrozumieć i niewyobrażalnością jest pogodzenie się z rzeczywistością/snem. Tak właśnie się czułem po obejrzeniu amerykańskiego thrillera, Dom Snów

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Dom Snów


8. Drive, reż. Nicolas Winding Refn, USA

Miasto Aniołów znów stało się modne i kultowe. Ryan Gossling (kolejna znakomita rola, podobnie w Blue Valentine) ubrany w kurtkę z logo skorpiona, walczy o ukochaną, rozbijając się samochodowymi cudeńkami. A wszystko to zostało wypolerowane, wystylizowane na amerykańskie kino sensacyjne/samochodowe z lat 70. i 80. W niektórych kręgach film ten obdarza się kultem. Z pewnością zachęci on do obejrzenia wcześniejszych dzieł Duńczyka. Plus - synth pop z Italians Do It Better. 


9. Melancholia, reż. Lars von Trier

Koniec świata ma dwa oblicza. Pierwsze, to zbliżająca się kosmiczna apokalipsa, której na imię Melancholia. Drugie, to każdy, pojedynczy dramat istoty ludzkiej pogrążonej w wyniszczającej depresji. Świetna rola Kirsten Dunst, która w końcu odetnie się od wizerunku szkolnej dziewczynki i Lars von Trier wracający do formy po zwyczajnie złym Antychryście


10. Oczy Julii, reż. Guillem Morales, Hiszpania

Latynoskie filmy grozy poprzeczkę mają zawieszoną wysoko, ale Oczy Julii pokonują ją bez problemów.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Oczy Julii

niedziela, 20 listopada 2011

Aktorki, przez które aktywuję funkcję Slow Motion

Post ten jest hołdem dla wszystkich kobiet, bo każda z Was - drogie panie - jest wyjątkowa. Każda ma coś, co odróżnia ją od innych kobiet. I ta różnorodność połączona z inteligencją i urodą daje taki efekt, że my - mężczyźni, nie potrafimy wyobrazić sobie bez Was życia. Oto krótka lista najpiękniejszych aktorek, które nawet beznadziejny film, dzięki swojemu kunsztowi aktorskiemu i urodzie, potrafią zamienić w dzieło, do którego z przyjemnością się wraca. 


Monica Bellucci - włoska piękność to kobieta idealna. Moja prywatna opinia brzmi: Bóg stwarzając piękno myślał o Monice Bellucci. Zaczynała jako modelka, sławę zyskała jako aktorka. Grała u Tornatore, u Francisa Forda Copolli i współpracowała z braćmi Wachowskimi. Z całą pewnością godnie zajmie miejsce po Sophie Loren czy Claudii Cardinale, dwóch innych włoszkach, których pragnął świat. 

Film z udziałem Monici Bellucci, który musisz obejrzeć: Malena (2000)


Anna Karina - ta francuska aktorka duńskiego pochodzenia, paraliżuje widza zniewalającym uśmiechem i spojrzeniem. Muza Godarda, Viscontiego i Cukora, zaczynała od małych ról w reklamie mydła i płynu do kąpieli. Od jakiegoś już czasu nie występuje w filmach, lecz prezentuje swe zdolności wokalne, koncertując w różnych miejscach świata. Dwa lata temu była w Polsce na festiwalu Off Plus Camera w Krakowie. Do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że mnie tam wtedy nie było...

Film z udziałem Anny Kariny, który musisz obejrzeć: Kobieta jest kobietą (1961)


Emmanuelle Beart - nie jest tajemnicą, że moja osoba ma wrodzoną słabość do pań znad Sekwany. Większość kinomanów kojarzy ją pewnie z filmu Mission: Impossible, gdzie grała u boku Toma Cruise'a. Zjawiskowa, o niebanalnej urodzie, pięknych, dużych oczach i ponętnych ustach. Taka właśnie jest Emmanuelle Beart.

Film z udziałem Emmanuel Beart, który musisz obejrzeć: Manon u źródeł (1986)


Lotte Verbeek - tę holenderską piękność odkryłem całkiem niedawno. Nakręcony w 2009 roku obraz Nic Osobistego Urszulii Antoniak to opowieść o samotności z wyboru, o miłości i potrzebie posiadania bliskiego rodzącej się z samotności. To współczesna opowieść o otaczającym nas świecie, gdzie pomimo tego, że człowiek kocha, to i tak czuje pustkę. Lotte to jedna z najlepiej obiecujących aktorek młodego pokolenia. I najpiękniejszych. Teraz jej talent i urodę możemy podziwiać w serialu Rodzina Borgiów. Dlatego musiałem zakupić pakiet z HBO.

Film z udziałem Lotte Verbeek, który musisz obejrzeć: Nic osobistego (2009)


Isabelle Adjani - w jej żyłach płynie niemiecka i algierska krew. Uznana za jedną z najwybitniejszych francuskich aktorek. Ze słabości do jej wdzięków spowiadało się wielu mężczyzn, m.in. Marcin Świetlicki. Mężczyźni mają zakodowane, że są niezbędni, a nie są. Kobiety takie jak Adjani - wręcz przeciwnie. 

Film z udziałem Isabelle Adjani, który musisz obejrzeć: Camille Claudel (1988)


Penelope Cruz - muza Almodovara, hiszpański temperament, kusicielka. W każdym filmie zachwyca, nikt też nie pali papierosów tak w zmysłowy sposób jak ona. Zagra w najnowszym filmie Woody'ego Allena, którego szczegóły są na razie (jak zawsze) owiane tajemnicą.

Film z udziałem Penelope Cruz, który musisz obejrzeć: Volver (2006)


Golshifteh Farahani - jest córką irańskiego aktora i reżysera teatralnego Behzada Farahaniego. Od najmłodszych lat jej zainteresowania orbitowały wokół muzyki i filmu. Była członkiem grupy rockowej, gra na fortepianie, lecz prawdziwą sławę Farahani przyniosło kino. Występowała u Ghobadiego, Ridley'a Scotta i Asghara Farhadiego. Świetna aktorka i piękna kobieta. Zresztą, wszystkie irańskie kobiety są piękne. W ogóle kobiety są piękne...

Film z udziałem Golshifteh Farahani, który musisz obejrzeć: Co wiesz o Elly? (2009)


Marilyn Monroe - przygoda z tą aktorką rozpoczęła się rok temu i nic nie wskazuje na to, by szybko się zakończyła. Przeczytałem chyba wszystkie dostępne publikacje o jej osobie, obejrzałem prawie wszystkie jej filmy. Otacza ją aura schyłku wielkiego Hollywood, skandale obyczajowe, które zapoczątkowały przemiany społeczno-obyczajowe w latach 60. w USA. Piękna i utalentowana aktorka, nieszczęśliwa kobieta.

Film z udziałem Marilyn Monroe, który musisz obejrzeć: Pół żartem pół serio (1959)


Juliette Binoche - kolejna aktorka z Francji, której "prawdziwa" kariera rozpoczęła się od ról u Godarda i Kieślowskiego. Stopniowo ukazywała swój potencjał, co w 1996 roku przyniosło jej Oscara za rolę w filmie Angielski Pacjent i dziesiątki innych nagród. Kobieta piękna, której uroda wraz z upływającym czasem nadal zachwyca i onieśmiela. Nawet w reklamie francuskiego banku. 


Film z udziałem Juliette Binoche, który musisz obejrzeć: Czekolada (2000)



Claudia Cardinale - niedawno gościła w naszym kraju, gromadząc wokół siebie tłumy ludzi. Nic dziwnego. Mimo upływu czasu Claudia wciąż zachwyca kinomanów i zwykłych ludzi. I zawsze można obejrzeć filmy z jej udziałem - bez niej ich magia nie byłaby czymś wyjątkowym - stałaby się powszechna. Nawet dziki zachód "zyskiwał piękno" i łagodność dzięki Claudii.

Film z udziałem Claudii Cardinale, który musisz obejrzeć: Osiem i pół (1963)


Barbara Brylska - polska aktorka, która zrobiła wielką karierę w Rosji (wtedy jeszcze w ZSRR). To, co podoba mi się u Pani Brylskiej najbardziej - oprócz oczywiście znakomitych ról - to te z lekka tajemnicze i intrygujące spojrzenie. Nawet egipski faraon nie mógł się mu oprzeć, a co dopiero nasz mały rycerz, Wołodyjowski. 

Filmy z udziałem Barbary Brylskiej, które musisz obejrzeć: Anatomia miłości (1972) oraz Faraon (1966)


Mia Farrow - jej urokowi uległ Frank Sinatra (chociaż on w zasadzie dość często ulegał) i Woody Allen. Małżeństwo z tym ostatnim zakończyło się obyczajowym skandalem. Ja jednak Mię Farrow pamiętam jako kobietę o słodkim, dziecięcym głosie w Rosemary's Baby i Wielkim Gatsby. Kobiety obcięte "na zapałkę" też wyglądają uroczo.

Film z udziałem Mii Farrow, który musisz obejrzeć: Dziecko Rosemary (1968)


Anna Dymna - może to tylko moja osobista opinia, ale uważam, że prawie każda rola, w którą wciela się Pani Ania, nabiera jakiegoś dziwnego, trudno wytłumaczalnego blasku. I nie ma tu zasługi scenarzysty czy reżysera - to od niej bije jakaś naturalna jasność, doniosłość, wdzięk i naturalność. Nie dość, że bardzo utalentowana aktorka, to jeszcze człowiek o szlachetnym sercu. Że Janosik wybrał Marynę....

Filmy z udziałem Anny Dymnej, które musisz obejrzeć: Kochaj albo rzuć (1977) oraz Tylko Strach (1993)

sobota, 12 listopada 2011

Dom Snów


Dom Snów
reż. Jim Sheridan
2011

Śniłem, w sumie jak praktycznie zawsze kiedy śpię.. Śniłem o tym, że wraz z moim kolegą zostaliśmy napadnięci przez bandę hooligans. A my, że w walce zostaliśmy wychowani, niczym Spartanie wyszkoleni, gibcy jak Rocky Balboa, "tańczyliśmy" na asfaltowym ringu jakim był parking, doprowadzając oprawców do szału. Wszystko by było fajnie, ale się potknąłem na dziurze i dostaliśmy bęcki. Na szczęście to tylko sen;) I dobrze o tym wiedziałem, bo obudziłem się z całym zestawem moich prostych zębów.

Lecz nie zawsze musi tak być, jestem pewien, że nie raz zdarzyło się Wam mylić jawę ze snem, albo sen z jawą. Jak kto woli. Ja osobiście, oczywiście należę do tego grona.

środa, 19 października 2011

wtorek, 30 sierpnia 2011

Filmy długie i krótkie (1)



Jeżeli nie macie jeszcze pomysłu na wieczór, nie jesteście pewni z kim chcecie go spędzić, a wszyscy wokół wyglądają podobnie, sprawdźcie nasze filmowe propozycje. Filmy długie i krótkie to, jak sama nazwa wskazuje, zbiór kilku filmowych dzieł  - tych naprawdę wartych uwagi - długich, których oglądanie nie będzie kosztować nas poczucia straconego czasu, a także tych krótkich, które sprawdzą się jako dobry usypiacz albo prezent dla największego wroga. Jest wiele sposobów by je wykorzystać... Tak się jednak szczęśliwie zdarzyło, że dziś chcemy Wam powiedzieć o czterech filmach, które na pewno kwalifikują się do kategorii: długie.


piątek, 1 lipca 2011

Przepis na Oscara po japońsku.



Tytuł: "Spirited Away: W Krainie Bogów” ; „Sen to Chihiro no kamikakushi” (Jap)
Reżyser: Hayao Miyazaki
Produkcja: Japonia
Gatunek: Dramat, Fantasy, Przygodowy, Anime
Premiera: 4 kwietnia 2003 (Polska) 27 lipca 2001 (Świat)


Dzieciństwo upływające pod znakiem japońskiej anime i codziennego popołudnia spędzanego na RTL7 z nosem przy ekranie, śledząc przygody Son Goku w kultowym serialu „Dragon Ball”, musiało prędzej czy później dać o sobie znać w dorosłym życiu, przypływającym uczuciem sentymentalizmu dla japońskiego anime. W moim przypadku, było to zdecydowanie „później”, gdyż mimo wielkich chęci i planów, „Spirited Away: W krainie bogów” oglądnęłam dopiero po 8 latach od polskiej premiery (!). No cóż, w każdym razie, co się odwlecze….


niedziela, 29 maja 2011

Somewhere. Między miejscami


Somewhere. Między miejscami
reż. Sofia Coppola
USA 2010
Premiera: 3 września 2010 (Świat), 1 kwietnia 2011 (Polska)

Między miejscami znajduje się sens.


Witamy w Hollywood. W mieście wydmuszce, gdzie luksusowe hotele to puste ściany bez miłości, szczęścia i spokoju. Tu swój azyl znalazł gwiazdor światowego kina, Johnny Franco. Bożyszcze kobiet, smakosz życia i typowa dzisiejsza szlachta Hollywoodu, narzucająca współczesnemu światu ICH styl bycia, zainteresowania i trendy. Na szczęście są jeszcze ludzie i emocje, które pozwalają odróżnić prawdziwe życie od tego stworzonego przez Fabrykę Snów i własne urojenia. Za kurtyną tego spektaklu ukryła się rzeczywistość w postaci miłości do ukochanej córki, nadziei i szczęścia, które niemrawo dają znaki zza kulis, by to one mogły wkroczyć na główną scenę. Teraz ich kolej.

Coppola po znakomitym Lost in Translation konsekwentnie tworzy dzieła, które zaskakują swoją delikatnością, minimalizmem i spokojem. Niestety już nie z taką siłą jak na początku. Po sukcesie artystycznym i komercyjnym Między Słowami, dwa kolejne jej dzieła nie tylko nie zbliżyły się do poziomu tamtego, ale najzwyczajniej w świecie zaliczyły upadki (choć Złoty Lew dla Somewhere może temu przeczyć).

To, co łączy poprzednie filmy to dialogowa asceza, która niejako staje się wyznacznikiem reżyserskim Sofii Coppoli. Długie, pojedyncze ujęcia, mają za zadanie jeszcze dosadniej i głębiej oddać stan ducha głównego bohatera: zmęczenia życiem w obecnej postaci i wszechogarniającą nudę. Główny motyw zawsze jest ten sam: samotność. Obserwatorem jest wielkie miasto, świat pełen przepychu i blichtru. Mimo że bohaterowie filmów Coppoli mają w zasadzie wszystko to, co jest niezbędne do godziwego życia (dobrze płatną pracę, sławę, sukces zawodowy), to "wszystko" jest tylko dobrze zamaskowaną iluzją. By znaleźć prawdziwe i własne "ja" trzeba zrezygnować z rzeczy, które były tylko imitacją szczęścia, i wydobyć te najważniejsze - dzięki nim jesteśmy w stanie pokonać samotność.

Trudno uwierzyć w przemianę kluczowej postaci, bo jej charakterystyka jest płaska psychologicznie i emocjonalnie. Ja rozumiem, że w życiu zdarzają się chwile, które zmieniają zupełnie nasze nastawienie i pogląd na świat, ale w Somewhere zostało to pokazane nad wyraz nieprzekonywująco. Długie ujęcia - paradoksalnie - zamiast wzmacniać przekaz obrazu, powodują jego spłycenie. Krótko mówiąc: wkrada się, tak przez kinomanów nielubiana, nuda. Gra aktorska również nie zachwyca - drugiego takiego aktora jak Bill Murray nie ma i nie będzie (i mówię to z satysfakcją). Młodziutka Elle Fanning zagrała poprawnie, ale na pełne rozkwitnięcie talentu tej młodej amerykańskiej aktorki musimy troszkę poczekać. Na plus natomiast można zaliczyć muzykę dobraną przez życiowego partnera reżyserki, dobrze nam znanego Thomasa Marsa, wokalistę zespołu Phoenix.

Melancholia znów wygrała, ale melancholia tokijska bardziej zachwycała. I jej pryzmat rzutuje na kolejne dzieła Coppoli, chyba, że ta zmieni kierunek swoich poszukiwań.

Ocena: +6/10

sobota, 23 kwietnia 2011

Patrzeć nie tylko oczami...




Tytuł: "Oczy Julii" Pl, "Los ojos de Julia" Hiszp.
Reżyser: Guillem Morales
Produkcja: Hiszpania
Gatunek: Mocny czarny thriller
Premiera: 25 marca 2011 (Polska) 11 września 2010 (Świat)

Gdy pewnego wiosennego wieczoru wygodnie się ułożyliśmy na podłogowym materacu, nie sądziliśmy, że spędzimy prawie 2 godziny wpatrzeni jak zahipnotyzowaniu w monitor. Odpadający wieszak od ściany rozszerzy oczy do rozmiarów postaci z mangi i wyostrzy słuch, a na ustach pojawi się pytanie "słyszałeś to?".. No cóż, spodziewać się tego nie mogliśmy, ale ostrzeżemy Was przed filmem "Oczy Julii". To niebywałe, że taki film lekko miesza w żołądku kolację swymi naprawdę, "delikatnymi" scenami. 


środa, 16 marca 2011

Blue Valentine


Blue Valentine
reż. Derek Cianfrance
USA 2010

Nie dajcie się zwieść tytułowi tego filmu, gdyż wcale nie jest on tak słodki jak walentynkowe serce. A miłość rzadko bywa tą "na zawsze". Obraz Dereka Cianfrance to gorzka opowieść o dwójce ludzi, których uczucie zniszczyła codzienność.

W życiu nie ma niczego pewnego - chciałoby się powiedzieć tuż po seansie Blue Valentine. Bajki to domena kina, nie realnego świata. Amerykański reżyser, Derek Cianfrance postanowił zdemaskować kolejną bajkę, którą jesteśmy karmieni - wielką miłość (tak, tę samą przez niektórych nazywaną miłością bezgraniczną i nieskończoną). Pierwszym elementem, który najbardziej wysuwa się przed szereg jest dwutorowość fabuły. Akcja filmu toczy się w dwóch niezależnych płaszczyznach czasowych. W pierwszej poznajemy Deana i Cindy jako małżeństwo z kilkuletnim stażem, mające małą córeczkę. Na pozór wszystko wygląda wspaniale. Główny bohater to przykładny mąż i ojciec, mocno kochający swoją rodzinę. Rodzinę, o której nigdy nie marzył, a bez której teraz nie wyobraża sobie życia. Ona, ambitna, młoda i atrakcyjna kobieta, której nie do końca odpowiada rola żony i matki, marzy o karierze lekarza (ukończona medycyna), zawodowym awansie, spełnianiu swoich pasji i wyznająca zasadę, że szczęście to działanie nie posiadanie. Oboje jednak wiedzą, że ich małżeństwo nieuchronnie zmierza do końca. Podejmują o nie walkę (a właściwie to Dean), próbując wskrzesić namiętne, młodzieńcze uczucie, lecz nawet "Pokój przyszłości" nie zlikwiduje tej niewidocznej granicy, którą przekroczyli. Teraz stoją po przeciwnych stronach. Miłość, seks, gorące uczucie - wszystko to straciło smak. Po prostu się wypaliło. Strach przed prawdą jest ogromny.

Druga płaszczyzna przedstawia moment spotkania głównej pary. Widzimy ich pierwsze wspólne chwile, nieśmiałe spojrzenia i rozmowy, taniec Cindy i śpiew Deana - chyba jedna z piękniejszych i zapadających na długo w pamięć scen z filmu. To poprowadzenie fabuły dwoma ścieżkami, przeplatającymi się wzajemnie, uważam za ogromny atut Blue Valentine.



Kolejnym jest muzyka, istniejąca głęboko w tle, wyłaniająca się z ciszy ale nie zagłuszająca, nie wiodąca prymu w filmie. Nic dziwnego skoro za ścieżkę dźwiękową odpowiada dobrze nam znana, amerykańska formacja Grizzly Bear. W filmie oprócz utworów wspomnianego zespołu ( trzy piosenki z Veckatimest i EP-ki Friend, a także dwa z Yellow House) można usłyszeć The Platters czy powiązane z misiami grizzly Department Of Eagles. Część utworów napisał lub zaśpiewał Ryan Gossling, między innymi You Always Hurt The Ones You Love. Ale najważniejszą piosenką dla głównej pary bohaterów pozostaje You and Me Penny and The Quarters - jak mawia Dean: Wszyscy mają swoje piosenki, ale się nimi dzielą. To jest nasza piosenka. Tylko dla nas. 


Lecz największe słowa uznania należą się parze aktorów, którzy wcielili się w pierwszoplanowe postaci. Michelle Williams i Ryan Gossling zagrali tu role swojego życia. Szczególnie Williams, która wcielając się w Cindy grała samą siebie. Miłość i uczucie, córeczka i w końcu rozpad jej małżeństwa z Heathem Ledgerem - wszystko to znajdziemy przetworzone w filmowym obrazie. Nie będę tu ukrywał rozgoryczenia i złości do Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznając Oscara Natalie Portman i nie nominując Gosslinga do tej nagrody, straciła resztkę mojego szacunku do tego oficjalnego "ciała". No, ale nam nigdy nie było po drodze... To chyba najlepsza rola Ryana od czasów Fanatyka i potwierdzenie, że jest jednym z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia.

Śmieszy fakt, że MPAA (Motion Picture Association of America) zajmująca się m.in. nadawaniem ograniczeń wiekowych filmom, wchodzącym do amerykańskiej dystrybucji, przyznała Blue Valentine kategorię NC-17 co oznaczało komercyjną śmierć, podkreślmy tu, niezależnego obrazu. Na szczęście skuteczne odwołanie się do tej organizacji przez producenta, pozwoliło zmniejszyć te ograniczenia wiekowe. Ja naprawdę nie wierzę, że młodzi, nastoletni Amerykanie czy Polacy muszą iść do kina z rodzicami by obejrzeć to dzieło. Współcześni nastolatkowie "tolerancyjni i nowocześni", ekscytujący się głównie przyciskiem Lubię to i nową kolekcją w H&M, robią znacznie bardziej wyuzdane rzeczy niż para głównych bohaterów i to w wieku dalekim od 17 czy 18 lat.

Jedynym minusem Blue Valentine paradoksalnie wydaje się być fabuła. Tworzona 12 lat (podobno!) przez Cianfrance i Joey Curtis nie do końca oddaje zawiłość psychologiczną bohaterów filmu. Gdyby nie świetna gra aktorska, trudno byłoby wytrzymać do końca seansu. Ale to w zasadzie jedyna wada. A więc 3:1. Wynik  na korzyść Niebieskiej Walentynki.

Blue Valentine - film bardzo dobry, o smaku słodko-gorzkim. Obowiązkowa pozycja w Twoim filmowym repertuarze tego roku. I informacja dla wszystkich "szczęsliwie" zakochanych: nic nie jest wieczne.

Ocena: -8/10


P.S. Ulubiona piosenka Deana i Cindy


poniedziałek, 28 lutego 2011

Nikt nie rozumie perskich kotów


Nikt nie rozumie perskich kotów 
reż. Bahman Ghobadi 
Iran 2009

Music is my radar

Muzyka łagodzi obyczaje. Zdanie wypowiedziane kilkanaście wieków temu przez greckiego filozofa i myśliciela - Arystotelesa, nie sprawdza się we współczesnym Iranie, gdzie tworzenie muzyki uznawanej przez system za zakazaną, staje się powodem do prześladowań, aresztowań i eskalacji przemocy. Film Bahmana Ghobadiego wprowadza nas w świat irańskiego, muzycznego undergroundu niczym nie różniącego się od tych znanych na całym świecie miejsc, gdzie młodzi ludzie przelewają swe uczucia w dźwięki. Z tą tylko różnicą, że Wielki Brat ma ich ciągle na oku!  


poniedziałek, 24 stycznia 2011

Inna modlitwa


Inna modlitwa
Reżyseria: Mahmut Fazil Coskun
premiera: 12 kwietnia 2009


Ile wierszy o miłości napisano? Ile piosenek skomponowano z myślą o ukochanej drugiej osobie? Ile samobójstw popełniono po miłosnym zawodzie? Tak, to miłość nakręca nasze życie, dobiera najodpowiedniejsze kolory z palety świata, niszczy istniejące pomiędzy ludźmi mury, podaje rękę samotnikowi. Debiut filmowy tureckiego reżysera to subtelna opowieść o dwójce ludzi, z zupełnie odmiennych światów, których połączyła platoniczna miłość, nie mogąca jednak pokonać przeszkód, które istniały głęboko w nich samych.


czwartek, 6 stycznia 2011

Podsumowanie roku 2010: Filmy


10 najlepszych filmów 2010 roku.

P.S. Część filmów miała premierę w roku 2009, ale w Polsce odbyła się ona dopiero rok później, więc nie dziwić się.



Miód, reż. Semih Kaplanoglu, Turcja 2010

Piękniejszego zamknięcia filmowej trylogii tureckiego reżysera, chyba nie można było sobie wyobrazić. Miód to mistyczna opowieść o odwiecznych związkach miedzy ludźmi i naturą, o harmonii pomiędzy nimi, która prowadzi świat odpowiednimi torami. Podobnie jak miało to miejsce w dwóch poprzednich filmach: Jajko (2007) i Mleko (2008), także i tu, to cisza wyraża więcej niż słowa. Cisza jest naszym przewodnikiem po świecie, wymagającym od nas głębszego "zapatrzenia się". Nie dziwi więc fakt, że w całej trójce nie ma żadnej muzyki, oprócz dźwięków i odgłosów natury. Wspaniała jest intensywność tego filmu na ludzką świadomość. Z delikatnością i niespotykanym pietyzmem tworzy świat, w którym jedna chwila zmienia życie człowieka na zawsze. Gdy kończy się twoje życie, spadasz. Miód to czysta poezja zrodzona z niemożności znalezienia odpowiednich słów. Po prostu słodycz życia. Całkowicie zasłużony Złoty Niedźwiedź na ubiegłorocznym Berlinare, i jeden z najpiękniejszych filmów ostatnich lat, potwierdzający złoty okres kina tureckiego.


Poezja, reż. Chang-dong Lee, Korea Południowa, 2010

Aby tworzyć poezję, musicie dostrzec piękno. Najważniejszą rzeczą w życiu jest obserwacja. Tegoroczny film koreańskiego reżysera, twórcy znakomitego Sekretnego światła, to opowieść o starszej kobiecie, która odkrywając fakt, że cierpi na chorobę Alzheimera, postanawia pociągnąć życie mocniej za lejce. Kurs poezji, na który się zapisze zmieni jej stosunek do świata - świata pełnego śmierci, przemocy i nieszczęścia, wydawałoby się pozbawionego czystego piękna... Film o poezji, stający się poezją. Biała kartka papieru zapełniła się słowami.


Chrzest, reż. Marcin Wrona, Polska 2010

Młodzi-zdolni ciągle w natarciu. W końcu zaczyna się coś dziać na polskiej scenie filmowej. Po udanych debiutach, przychodzą filmy jeszcze lepsze. Przykładem takiego stanu rzeczy jest reżyser Marcin Wrona. Jego Moja Krew była obrazem dobrym, mającym spory potencjał. Ten potencjał został w pełni wykorzystany w drugim filmie - Chrzest. Męskie i mocne kino tylko dla osób z silnymi nerwami. Aluzje i nawiązania do Długu Krauzego według mnie trochę przestrzelone.


Wujek Boonme, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia, reż. Apichatpong Weerasethakul, Tajlandia, 2010

Nie jestem w stanie wypowiedzieć dobrze imienia i nazwiska tajskiego reżysera, ale to jeden z moich ulubionych twórców. Wujek Boonme, który... to film pełen tajemnic i magii, duchów wędrujących po świecie, a w końcu opowieść o nas - ludziach, potrzebujących bliskiej jedności z otaczającym nas światem: realnym i metafizycznym. Szósty film w karierze Weerasethakula to także dzieło przybliżające i tłumaczące buddyjską filozofię. A wszystko to zatopione w wierzeniach i spirytualizmie mieszkańców północno-wschodniej Tajlandii.  Inspiracją do stworzenia filmu stała się książka buddyjskiego mnicha, Phry Sripariyattiweti Człowiek, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia.
Kilka lat temu przeor klasztoru buddyjskiego znajdującego się niedaleko mojego domu opowiedział mi historię człowieka, który przychodził do świątyni, żeby nauczyć się medytacji. Po jakimś czasie powiedział, że podczas snu zaczęły do niego wracać obrazy poprzednich wcieleń, gdy był bawołem, krową, a nawet pozbawionym ciała duchem. Dawne życia przelatywały przed jego zamkniętymi oczami jak filmy na ekranie. Tak narodził się pomysł filmu o wujku Boonmee - Apichatpong Weerasethakul
Naprawdę piękne kino, wreszcie docenione na świecie (Złota Palma w Cannes). Niebo jest przereklamowane. Nic tam nie ma. Duchy nie są przywiązane do miejsc lecz do ludzi. Ludzie zobaczcie ten film, bo urzeka ciało i ducha.


Wszystko co kocham, reż. Jacek Borcuch, 15 stycznia 2010 (Polska), 18 września 2009 (Świat)


Nie wiem czy będę w stanie napisać o nim coś więcej niż już zostało napisane. Nie wiem czy zaskoczę kogoś swoją interpretacją. Nie wiem w sumie co napisać, od czego zacząć.. Ale wiem jedno, to najlepszy film jaki widziałem w 2010 roku! Czasy PRL-u już dawno minęły, ten mroczny okres w historii naszego kraju mamy już za sobą, jednak pozostawił on wiele głębokich ran i tajemnic, wiele emocji,wspomnień oraz wyrzutów. W filmie Jacka Borcucha zostało zamieszczone to wszystko i jeszcze więcej.

Zasiadamy wygodnie, ciemno, dobrze nastawiona głośność i widzimy pierwszy obraz... Zagubione tory, zagubiony tabor, wydmy... Słyszymy punk-rocka, jakby dobiegał z oddali, krążymy wokół wagonów, wchodzimy do jednego z nich i naszym oczom ukazuje się mała grupka chłopaków, którzy są źródłem tej muzyki. I ruszyła maszyna, już nikt jej nie zatrzyma! Wpadliśmy w ten sam socjalistyczny kompostownik, co nasi bohaterowie. Mamy nieuczesane włosy, trampki, przykrótkie koszulki i całą głowę sprzeciwu.

Nie chcę opowiadać fabuły - toby była zbrodnia z mojej strony. Nie potrafiłbym jej dobrze przedstawić... Mogę napisać jedynie co te piaski, ta muzyka, ta ich miłość i chęć wyjścia ponad podziały w moich oczach zostawiły. Wszyscy rozwodzili się nad rolą Mateusza Kościukiewicza, chwalili go i rokują mu wielką przyszłość. Oby się nie pomylili. Mnie osobiście urzekł on, jego taka miła, przyjazna i chłopięca twarz, zmrużone oczy, z których starasz się coś wyczytać. Ja osobiście widziałem w nich głównie coś beztroskiego, tak jakby dopiero nabierały takiego dorosłego, męskiego wizerunku. Jednak podczas jednej sceny, koncertu w szkole, zaciśnięte oczy Janka (Kościukiewicz) wylewają na twarz, na całe ciało wrzątek gniewu, sprzeciwu, cholernej nienawiści, która gdzieś tam była, ale po incydencie przed koncertem wzięła górę.. Widać to doskonale. Widzisz jak go to parzy, jak zaciska mięśnie, jak ten kocioł ogarnia cały bal. Mateusz wczuł się, poddał się emocjom, zupełnie jakby to on był całą tą szkołą, jedyną osobą, która ma głos by mówić. Na konsekwencje tego "zamachu na socjalizm" nie trzeba było długo czekać, dzięki pewnemu komisarzowi wzięli się za ojca Janka - co za tym poszło? Przeprowadzka. To, co wtedy ten młody chłopak zrobił jest dla mnie święte, kurcze jedno z najlepszych ujęć filmu. Rozpierdzielenie temu donosicielowi samochodu kijem hokejowym powinno być książkowym przykładem zemsty. Genialne!

Miłość i przyjaźń jest tutaj bardzo ważna, kto wie czy nie najważniejsza... Rodzące się uczucie, nieśmiałe i młode, niedojrzałe, a na tyle mocne by wymknąć się poza konflikt statusu społecznego rodziny. Przyjaźń wiążąca, kształtująca,popychająca, ryzykowna, jedyna.

Oprawa muzyczna wykonana przez Daniela Blooma współgra z nastrojem, zupełnie jakby była ręką tego ciała jakim jest film Wszystko co kocham. To ona nadaje ton i odpowiedni charakter poszczególnym scenom, po prostu uszlachetnia to złoto. Obrazy, ujęcia, sceny. To wszystko jest prawdziwe, realistyczne, rzeczywiste, a mimo to sprawia wrażenie magicznego... Spośród kilkudziesięciu takich magicznych ujęć podobało mi najbardziej kilka, np. spacer Janka i Baśki (Olga Frycz) pomiędzy wysokimi trawami.

Jesteś już dobrze po trzydziestce, jesteś młody masz lat 18... Dla tych pierwszych ten film to wspomnienie, dla tych drugich to elementarz.


Incepcja, reż. Christopher Nolan, USA 2010

Po obejrzeniu tego filmu można stworzyć własną definicję terminu incepcja, jednak według słowników różnej kategorii nie występuje taki termin... I co teraz? Wolna ręka.

Sny... Co noc śnimy, lecz nie zawsze to pamiętamy; jesteśmy wtedy aktorami, wcielamy się w role jakie nasz umysł sobie wymyślił. Czasami jesteśmy tak zadowoleni z tych snów, że obudzenie się z niego jest największą karą i staramy się do niego wrócić, co zazwyczaj jest niemożliwe. Śnimy również mrocznie i tragicznie, dlatego otwarcie oczu przyjmujemy z ulgą. Można też wyczytywać ze snów przyszłe zdarzenia, przepowiednie - dzięki sennikom. W tym filmie sen przybiera zupełnie nowe znaczenie, które trudno zaakceptować...

Incepcja to światowej sławy obsada, to również mega efekty specjalne. To pomysł jakiego próżno z powodzeniem naśladować, to zagadka, to rebus rozwiązywany przez widza na bieżąco, by i tak na koniec pozostać w konsternacji. Ciężko jest się połapać w tej intrydze, jaką zgotowała nam brygada Cobba (DiCaprio). Sam osobiście, po ukazaniu się napisów, nie wiedziałem, czy ta końcowa scena jest jednym ze snów. Takie skutki uboczne - to pochwała dla reżysera Christophera Nolana.

Jednym słowem, obejrzeć warto, gdyż nie na darmo jest to produkcją , o której się mówi - jedna z najlepszych "tamtego" roku. Zachęcam!


Hej, skarbie, reż. Lee Daniels, USA, 5 listopada 2010 (Polska), 16 stycznia 2009 (Świat) 

To najbardziej wstrząsający film jaki widziałem w 2010 roku. Lee Daniels bierze sobie za cel zawstydzić znieczulice i upokorzyć patologie. Udaje mu się to. Ten film to zbiór najbardziej chorych patologii rodzinnych - ojciec gwałciciel, matka zawistna sadystka, terroryzująca i obwiniająca swoją córkę o swoje życie. Na porządku dziennym są podobne sytuacje, które tylko są nagłaśniane przy okazji jakichś wielkich zbrodni jak tej w Austrii kilka lat temu. Może dzięki temu filmowi kogoś się uratuje od zła, które może stworzyć "rodzina"...

Obowiązkowo należy obejrzeć.

Co wiesz o Elly?, reż. Ashgar Farhadi, Iran, 2009 (premiera w Polsce 22 stycznia 2010)

Irańska kinematografia musi ciągle walczyć z przeciwnościami, które nieodłącznie jej towarzyszą. Nieustająca cenzura, inwigilacja - przeplata się z okresami łagodniejszymi przynoszącymi międzynarodowe sukcesy. Sukcesy te pozwalają spojrzeć na Iran, na jego kulturę i mieszkańców z zupełnie innej strony. Jak wiemy nasze postrzeganie sąsiednich czy dalekich krajów oparte jest na stereotypach. Co wiesz o Elly? próbuje te stereotypy obalić. W Iranie toczy się w miarę normalne życie, młodzi ludzie słuchają zachodniej muzyki, wszyscy mają podobne marzenia do naszych, tylko słowo "wolność" jest na cenzurowanym. I trzeba to zmienić.


Pozwól mi wejść, reż. Matt Reeves, USA/GB, 2010

Groza w tych czasach przybiera trochę inną formę. Terroryzm, hakerzy, wirusy, nawet zwykłe przejście z bloku do bloku nocą jest grozą... Tak więc szanować trzeba takie filmy jak Pozwól mi wejść, ze względu na krystalicznie czyste krople zimnego potu wypływające na czoło. Wampiry ostatnimi czasy przeżywają renesans swego istnienia, po kilkunastu latach zakurzenia w szufladzie, ponownie wychodzą sobie na światło dzienne i przybierają posągowe pozy z miną "podziwiajcie mnie". Podziwiamy. Może dlatego ten horror jest taki dobry, gdyż główne role grają w nim dzieci, niewinne z twarzy, mordercze z natury.. Może dlatego, że to coś innego, inaczej akcja się toczy.. Nie ma tutaj wielkiej miłości, wielkich aktorów ale jest posępny klimat, dziwna przyjaźń i ten przerażający charkot Abby oraz głodne oczy.


Kto nie widział, polecam! Najlepszy horror 2010.

Przeczytaj naszą recenzję: Pozwól mi wejść


Parnassus - człowiek, który oszukał diabła, reż. Terry Gilliam, Francja/Kanada/GB, 8 stycznia 2010 (Polska), 22 maja 2009 (Świat)


Ileż to jest legend o paktach zawartych z tym którego imienia nie wolno wypowiadać, ileż historii, filmów, seriali.. Np. amerykański hit szklanego ekranu Supernatural - tam umowa goni umowę. Znam też taką fajną książkę, tam jest świetne opowiadanie o takim przedsięwzięciu, a nosi ona tytuł Diabeł na wieży. To wszystko raczej przyprawia o dreszcze i gęsią skórkę. Jednak jest jeden element, który ładnie się wybija z tej szufladki.. Tak, tak to Parnassus, gdzie zamiast zamykania oczu przed masakrycznymi scenami po prostu siedzisz sobie z herbatą i oglądasz to z przymrużeniem oka. Pomimo, iż tytuł przywołuje już lekko ciemniejące chmury, tak w przeciągu filmu one jakoś nie mają w sobie deszczu. Tytułowy Parnassus to człowiek, który w zamian za nieśmiertelność założył się z Diabłem, iż odda swoje dziecko w wieku 16 lat. Co za dureń! Sądził, że nie będzie miał nigdy dzieci? Cały film właściwie kręci się wokół tego, iż ten starzec chce jeszcze raz wykiwać diabła, by uchronić swoją córkę (w tej roli Lily Cole).

Jest to dość mroczna opowieść, w której budzi się ludzkie demony, pragnienia i wyjawia największe sekrety. Zwierciadło dr. Parnassusa ma taką właśnie właściwość, w sposób przesadzony i groteskowy przedstawia to, co pragniemy, a mimo wszystko staramy się to ukryć. Trochę dziwne to, prawda? Ale tak jest, oglądasz ten film i śmiejesz się z karzełka co ma zawsze racje. Ze starego pijaka co przegrał wszystko. Nad wiek wyrośniętej nastolatki. Nieśmiałego, zakochanego niezdarnego chłopaka. Wreszcie z przybłędy z amnezją, który tak się naraził komuś, że go powiesili pod mostem. Czarny humor. Kontrast goni kontrast, wszystko jest na opak. Tak naprawdę wszyscy są nieszczęśliwi, zagubieni i tylko uwolnienie się od tej trupy da im naprawdę wolność. Nie sposób nie wspomnieć o znakomitej obsadzie jednej roli - Heath Ledger, Johnny Deep, Jude Law, Colin Farrel - to oni wcielili się w rolę Tony'ego.

Ze względu na spiralność fabuły, warto obejrzeć.

wtorek, 9 listopada 2010

Czy wpuścisz mnie do środka?



Tytuł: Let me in (Pozwól mi wejść)
Reżyseria: Matt Reeves.
Gatunek: Good Horror.
Premiera: 22 października 2010 (Polska), 13 września 2010 (Świat)

Matt Reeves, reżyser między innymi filmu "Projekt Monster", postanowił powziąć sobie wyzwanie niemałe, gdyż rimejkowanie filmów niesie za sobą ryzyko większe niż zobaczenie późną nocą kogoś czającego się w koronach drzew. Rzadko się okazuje, że remake jest lepszy od oryginału, albo chociaż dorównuje mu opinią wśród publiczności. Moim zdaniem, skromnym oczywiście, taki film nie może się podobać wszystkim - to by się gryzło z jego pierwotną funkcją. On ma wzbudzać kontrowersje, ma nie podobać się fanom poprzednika, ma być zupełnie inny w otoczce, nieznacznie podobny w puencie, a w swej postaci ogólnie różnowaty. Reeves zrobił coś takiego. Podejrzewam, iż przyśniło mu się to pewnej nocy w towarzystwie swej poduszki i rano stwierdził z uśmiechem, "..to dobry pomysł Matt.". Postanowił zabawić się w kucharza, założył szlafrok 40-latka i z radochą godną dwulatka, wsypywał wszystko, co wpadnie w jego drobne dłonie do miski.. Oryginał Let me in, kawałek swojej wyobraźni, młodych aktorów, młode aktorki, opinie, recenzje, szczyptę duszy, dwa jajka, mąka, cukier i kakao. Pomyślał, że poeksperymentuje jak za młodych lat z marihuaną i doda coś od siebie, w ogóle nie trzymając się przepisu na udany remake; tak więc poszedł w ruch lód, pomarszczone jabłko, nienawiść i kropla krwi. Wymieszał to wszystko mikserem uzyskując jednostajną aczkolwiek nieokreśloną kolorystycznie ciecz stałą, odstawił to do lodówki na 54 godziny, by po tym czasie nastawić piekarnik na 290 stopni i wsadzić remake do niego na 3 dni. Rachunek za prąd był kosmiczny. Po 3 dniach, w wielkim oczekiwaniu, jego oczom ukazała się piękna, czarna i błyszcząca taśma Let Me In..

niedziela, 22 sierpnia 2010

Czy Coś mieszka pod łóżkiem?


Reżyseria: Peter Jackson
Gatunek: horror, gore, komedia
Produkcja: Nowa Zelandia
Premiera: 17 września 1992 (Świat)


Boicie się czegoś? Macie jakieś fobie? W nocy nie zaglądacie w lustro? Albo nie wyglądacie przez okno w obawie, że zobaczycie tam postać w czarnym prochowcu z kapeluszem na głowie? Bądź może nadal wierzycie, że na strychu Waszego domu żyje Szczur, który obdziera ludzi ze skóry? 

czwartek, 22 lipca 2010

Różowe lata 60.



"Love, Peace and happiness".. Każdy wie, że to hasło odnosi się do tak zacnej subkultury jaką są hipisi, zwłaszcza amerykańscy, polscy niewiele mogli, a co za tym idzie niewiele robili. Chyba, że wyemigrowali do USA to wtedy dopiero szaleli! Festiwal w Woodstock, prohibicja, niewielkie ilości miękkich dragów, sex, sex, sex z byle kim, byle gdzie, protesty, manifestacje, wojna, kwiatki, wianki, korale, spodnie w nogawkach osiągających rozmiary przeogromne (im większe tym lepsze) tj. "dzwony", Dylan, Joplin, szkolne żółte autobusy, ha ha, Volkswagen T1 (piękna rzecz). Czy mam wymieniać dalej? Nie będę, gdyż można by bardzo długo, a tu czas nagli. Z pewnością wielu ludzi chciało kiedykolwiek przenieść się do właśnie tego okresu, gdy królowała muzyka rockowa, a długie włosy były wszędzie spotykane na wsi, w mieście, prowincji, w szkołach, chatach, gmachach i burdelu. Pomyślcie sobie jakie to były czasy wspaniałe.. rozmarzyć się można. Więc się rozmarzę trochę, pozwolę sobie na to.

Zapraszam Was/Cię (i nie myślę tutaj o współtwórcy SundownSyndrome) w podróż do czasów "dzieci kwiatów".

Wow! Ale czad, jesteśmy na festiwalu w Woodstock!!!!!!!!! ha ha popatrz! to T1! cholera, wyobrażałem go sobie o wiele fajniejszego i ładnego.. a ten wygląda jak by go przedszkolaki pomalowały z okazji Dnia Dziecka (muszę wymyślić sobie towarzysza mej eskapady.. dobrze by było, gdyby to była kobieta.. rozpuściła swoje ciemne kręcone włosy, założyła wianek na głowę, zwiewna kwietna sukienka i zielony herbaciany zapach jej szyi, jej dłonie przyozdobione bransoletkami, eleganckim, dużym, srebrnym pierścieniem i naszyjnik orientalny.. muszę ją prędko przywołać do siebie). Kurcze, trochę nie pasuje mój ubiór do epoki, więc muszę szybko przyodziać spodnie i wystawić swój nagi tors na światło stanu NY. Buty? Po co mi buty? Tu jest piękna trawa, zupełnie jak na łące, miękki zielony dywan. A może to opary wszędobylskiego haszyszu spowodowały, że uważam go za świetny turecki wyrób tkalniczy?. Mniejsza z tym, idę dalej.. Mijam grupę młodych ludzi, obok nich biega jakiś mały nagi dzieciak, chyba zaczyna przygodę z festiwalem, inni też nie do końca zakrywają swoje ciało.. To chyba jakiś syndrom roznegliżowania. Rozglądam się, sporo ludzi, co gorsza, duża liczba facetów lata z gołymi dupami! odwróć wzrok Bazile, bo będziesz miał koszmary; dziwnym trafem me oczy zmieniły azymut na całkiem kształtne piersi kobiece! Popatrzeć nie zaszkodzi. Oczy me się znudziły, chyba nogi mi zesztywniały, muszę ruszyć się! Pasowało by się dokooptować do jakichś ludzi, co to będzie za podróż jeśli nie poznam tego od środka? Wypatruję potencjalnego celu, tyle ludzi.. 500 tys. i jak tu znaleźć moją towarzyszkę?. Spróbuję tutaj, 15 osób, spora część to kobiety. Wyprostowałem się jak struna, zmierzwiłem włosy ręką i dziarskim krokiem Bohdana Smolenia ruszam ku nim. Zajęci są jakąś dyskusją na temat macierzyństwa jakiejś Lizawiety ( w ogóle mnie nie zauważają). Poobserwuję trochę. Mam do czynienia z 12 kobietami, większość to blondynki, jedna ruda! A gdzie ma Towarzyszka?! I kilku facetów.. Zacznę od pewnej blondynki, która zwróciła moją uwagę swymi ogromnymi oczami i jeszcze większym nosem; pewnie pojemność jej płuc dorównuje sprinterowi. Na prawej zewnętrznej stronie dłoni ma wytatuowaną pacyfkę, a cóż by innego.. Dużo mówi, więc chyba wie o co chodzi z tą Lizawietą. Kurcze, ale ten nos to jest przeogromny. Boże, tam jej pewnie się mieści cały kilogram kokainy. Dosłyszałem, że na rudą mawiają Bobby (dziwne, przecież widzę, że to kobieta); wygląda pięknie, tona piegów na twarzy i dekolcie, marchewkowe włosy przyciągają wzrok, zupełnie jak pole magnetyczne. Wygląda na najporządniejszą, ładnie ubrana, ale język to ma kąśliwy jak żmija, przeklina i wali wino z gwinta.. ha ha, i jeszcze usta wyciera ręką! No no, chyba dziewczę się wyrwało spod nadopiekuńczego skrzydła swej mamy. Oby nie zginęła marnie. Podoba mi się ta grupa, a ta Lizawieta to raczej nieszczęśliwa kobieta, mąż, że niby ćpun (a ciekawe jak siebie nazywają?) i zdradziecki pies. Lecz przecież miłość w tych czasach była wolna i każdy robił to z kim chciał i gdzie chciał, nikogo to nie obchodziło. Ale tutaj na jakiś ewenement natrafiłem, czemu mnie nie zauważają? Spróbuję zwrócić na siebie uwagę. Zawołam, że mam płytę "The Beatles"... pewnie każdy ma, zły pomysł. Może krzyknę, "mam zawał, ratunku!". Kiepsko. Mam! Me struny głosowe napnę i wydobędę z nich dźwięk mocny niczym dzwon Zygmunta, "Mam Wódkę!" ha ha ha jestem zajebisty. Krzyczę. Jakoś się złożyło, że jak zamknąłem oczy to zapomniałem swego krzyku zwrócić ponad nich i tak oto wydarłem się do ucha blondyny w czerwonej skórzanej kamizelce.. Jakież było ich zaskoczenie, a co dopiero tej blondynki. Chyba bębenki jej popękały. Pani z wielgachnym nosem pierwsza wypaliła, "Ktoś Ty?", lekko zdezorientowany głupio patrzyłem, a oni na mnie.. Lecz wydukałem, "Jestem Bazile". Przyznam, że spodziewałem się ciepłego przyjęcia i że od razu będziemy śpiewać, trzymając się za ręce (ja oczywiście złapałbym rudą Bobby) i popijać alkohol zapakowany w papierową torbę.. Myliłem się. Stek wyzwisk, ruda małpa wiodła prym, a Lady Gaga jak kot, tylko prychała złowieszczo. Odszedłem, jak inaczej miałem postąpić? Nie łamiąc się, dalej dziarskim krokiem przemierzam równinę syfu, kiły i mogiły. Idę na koncert. Gdzie ta trawka do cholery!? Gdzie moja towarzyszka? Może ją zawołam. . . . . . . . . . . .. . . .

Ze starych i ledwo dyszących głośników dobywa się dźwięk przypominający trochę kombajn ze śpiewającym kombajnistą. Lecz ludzie w głowach mają muzykę, w duszy też; gra im na całego. Ja też tak chcę! Wskakuję, skaczę, jakiś facet łapię mnie za kark.. To chyba Aącki! Ziemia ucieka mi spod stóp, wiruję, szybciej, szybciej.. odlatuję w górę.. Widzę wszystkich z lotu ptaka! Wspaniałe uczucie! Woooooooooooooooooooooooooooooohoooooooooo! Aącki pikuje.. Mam sokoli wzrok, zoom x200, a optyczny x400.. Automatycznie mój wzrok w tempie satelitarnym przybliża zgromadzenie, widzę coraz dokładniej, grupy, samochody, ludzi, osoby.. i bach!!!!!!!!!!!!! Nie wierzę własnym oczom! To ona, moja towarzyszka, rozwiane ciemne włosy, zwiewna kwietna sukienka, naszyjnik ten, który tak dobrze znam, i nawet czuję tutaj jej zapach.. zielona herbata.. Ląduj, ląduj Bazile, ląduj! Prędzej!

hmm, w sumie to sam siebie zabrałem w tę podróż ,ale warto było! Sami posiadacie wyobraźnie to spróbujcie wskoczyć w dzwony.

Wszystko sprowadza się do pewnej rzeczy, którą chciałem Wam dzisiaj przedstawić. Otóż chodzi o pewien film, "Across the Universe". Musical przedstawiający właśnie tytułowe różowe lata 60., z odrobiną politycznej goryczy wojny, z półmiskiem miłości, zakąską konfliktów międzyludzkich, rożnem pogoni za materializmem, a to wszystko z gęstymi i fantastycznie zaaranżowanymi utworami Beatlesów! Kurde, mówię Wam jakie to jest pyszne! Film w reżyserii sławnej reżyserki Julie Taymor (pod jej okiem powstawała np. "Frida" z Salmą Hayek); to dzięki niej obraz jaki widzimy na ekranie przypomina fantastyczne podróże w głąb umysłów psychicznie chorych geniuszy malarstwa, muzyki, artystów różnych dziedzin. Fascynujące, naprawdę, fascynujące. Lecz najlepsza tutaj to i tak jest muzyka, te covery są genialne! Pokaże Wam ich kilka.

Oto pierwszy, Jim Sturgess-I've just seen a face. (odtwórca głównej roli, Jim.)


A to, najlepsza według mnie. Porwał mnie ten głos, ta burza włosów.. Ach..
Dana Fuchs-Helter skelter (w filmie nosi imię Sadie)

No co, ten film dzięki doskonałej muzyce, niebanalnej wizji reżyserki zaprasza widza do założenia "dzwonów", kwietnych sukienek i pojawienia się na festiwalu w czasach. kiedy ideały pokoju i miłości były naprawdę mocnymi argumentami i dawały masom ludzi sens życia; w porównaniu do dzisiejszych czasów materializmu i chlewu społecznego jest to naprawdę przyjemna odskocznia odstresowawcza. Film o świetnym nadzieniu, świetnie wypieczony i w świetnej polewie. Warto!



Gorąco polecam!


Według mej skali ocen 8/10.

Pozdrawiam Was, Bazile.