Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lipca 2012

Nie tylko Grimes...

Kanadyjska oficyna Arbutus Records, oprócz posiadania w swoich szeregach niewątpliwej gwiazdy, jaką stała się Claire Boucher po wydaniu albumu Visions (nominowanego do nagrody Polaris), ma także niemniej uzdolnione postaci. O dwóch takich, co z Kanady przybywają, poniżej. 


TOPS - Tender Opposites
2012

TOPS nie ma nic wspólnego z brytyjskim zespołem The Tops, działającym krótko w latach 70. Kanadyjski zespół to mieszanka doświadczeń i wpływów, bo jego członkowie mają za sobą lata spędzone w innych grupach, m.in. Silly Kissers, Sugar Boys etc. Tender Opposites brzmi jak zapomniany soft-rockowy album z lat 80., w którym zmieściło się "coś" z wygasającej powoli mody na new romantic i zauroczenie płytą Tango in the Night. Są chwytliwe melodie i gitary, romantyczno-nostalgiczne klawisze oraz charakterystyczny wokal Jane Penny. Kompozycje brną powoli do przodu - rozmarzone Rings of Saturn czy Double Vision są tego najlepszym przykładem. Niezwykle obiecujący debiut, trzeba mieć ich na oku. 




Sean Nicholas Savage - Flamingo
2011

Ten Pan powinien być dobrze znany wszystkim, którzy odwiedzają tego bloga częściej niż raz w roku, bo w przeszłości coś tam o nim wspominaliśmy. Flamingo to trzecie wydawnictwo jakie Savage wydał w 2011 roku. Ten ekscentryk na przestrzeni trzech lat opublikował dziewięć albumów, z których żaden nie spadł poniżej pewnego poziomu. Porównania do Ariel Pinka są jak najbardziej na miejscu, tyle że Savage oprócz oczywistych, popowych inklinacji wplata do swojej muzyki także pierwiastki folku, country i lat 70. Flamingo, najbardziej chilloutowa kaseta w jego dyskografii, zachwyca kapitalnymi melodiami. Chin Chin to absolutny majstersztyk, klawisze w My Chances non stop przywodzą mi na myśl dźwięki z Deception The Colourfield. Kanadyjczyk po prostu sypie przebojami jak asami z rękawa. Nie wiem ile jeszcze wydawnictw Savage wytrzyma w takiej konwencji, ale moim zdaniem to tylko kwestia czasu, kiedy przejdzie do większej wytwórni. Wiemy doskonale, jaką eksplozję popularności osiągnął Pink po wydaniu Before Today w 4AD. Dziesiąty album przewidywany jest na koniec tego roku - nie mogę się doczekać!


poniedziałek, 26 marca 2012

9 powodów, by kochać tę płytę o każdej porze roku


The Amazing - Gentle Stream
Sublimal Sounds Records
2011

Tekst o Gentle Stream jest spóźniony o parę miesięcy (premiera jesień 2011), ale doszedłem do wniosku, że muzyka, którą supergrupa ze Sztokholmu zamieściła na swoim drugim albumie, sprawdzi się w każdych warunkach, nie tylko tych atmosferycznych. Aby podtrzymać wysuniętą przeze mnie tezę, przedstawiam 9 powodów, dla których Gentle Stream powinno wirować w Waszych odtwarzaczach przez cały rok. 

1. Psychodelia - cały album nasiąknięty jest jej cudownym aromatem; delikatny strumień dźwięków wędruje od łagodnej psychodelii, aż po rejony folkowe i rockowe, a każdy dźwięk wydaje się być idealnie wpisany w całość. Te międzygatunkowe połączenia, sprawiają, że płyta szybko się nie nudzi, a pod jej urokiem pozostajemy naprawdę bardzo długo. Wiosna, lato, jesień, zima, wiosna...

2. Dungen - chcą nie chcąc trzeba wspomnieć o szwedzkim zespole, chociażby z tego powodu, że dwóch członków tej grupy zasila The Amazing i echa Dungena na Gentle Stream są odczuwalne. Mowa oczywiście o genialnym gitarzyście Reine Fiske i perkusiście Johanie Holmegardzie. Ten pierwszy radzi, by obie te grupy traktować jak dwie zupełnie różne inicjatywy muzyczne: The fact that the play Dungen, making music is not the same. Sometimes the atmosphere may be similar, but the bands still represent different views, dimensions, and its moods like that. Punkt drugi automatycznie przechodzi w punkt trzeci...

3. Supergrupa - ... bo jak inaczej można mówić o The Amazing?!. Oprócz dwóch wspomnianych wyżej eminencji, skład uzupełniają: (charakterystyczny) wokalista - Christoffer Gunrup, Alexis Benson (najczęściej grający na basie, nierzadko klawiszowiec), jazzowy perkusista Moussa Fadera i Fredrik Swahn. Wszystkie te nazwiska wielokrotnie spotykały się razem w przeszłości. Automatycznie pojawiają się odniesienia do innej legendarnej supergrupy - ze względu na rodzaj wykonywanej muzyki i jej finalny efekt - Crosby, Stills, Nash &Young. 

4. Damskie wokale w tle - pięknie uzupełniają wokal Gunrupa w takich utworach jak International Hair, refren przebojowego Gone czy w anielskim Assumptions i zamykającym When the Colours Change. Podobnie jak na mini-albumie (Wait For A Light To Come) swojego głosu użyczyła Linnea Isaksson, a wspierają ją: Lisa Isaksson i Jennie Ståbis, znane na przykład z projektu Lüüp – Meadow Rituals

5. Flet i saksofon we Flashlight - czyli pobrzmiewające tu i ówdzie echa słynnego utworu Nicka Drake'a - instrumentalnego i tytułowego Bryter Layter z 1970 roku. Piosenka szwedzkich muzyków równie zacna.

6. Długość utworów - średnia długość piosenek zawartych na Gentle Stream przekracza 5 minut. Tytułowy utwór trwa równe siedem, ale to i tak niewiele w porównaniu do Had To Keep Walking - 11-minutowej piosenki z ich debiutu (self-titled z 2008 roku). To, co lubimy niech trwa jak najdłużej. Singiel Gone - ponad sześć minut. To informacja dla Was, drodzy radiowcy.

7. Sublimal Sounds - szwedzka wytwórnia gromadząca w swoich szeregach najlepszych i najciekawszych artystów z kręgu rocka i psychodelii. Samo pojawienie się tej nazwy na okładce płyty świadczy o [jej] wysokim poziomie artystycznym. 

8. Okładka płyty - coraz rzadziej, ale jednak, zwracam uwagę na okładki płyt. Nieraz zdarzyło się, że intrygujące bądź po prostu ładne zewnętrzne opakowanie przyczyniło się do zakupu danej płyty. W przypadku Gentle Stream takich dylematów nie miałem. Okładka cieszy oko i niezwykle dosłownie przedstawia zawartość muzyczną, stanowiąc jednak tylko niewielki procent ogólnego zauroczenia.

9. Muzyka i duchy - kapitalne International Hair; Dogs przywodzące na myśl Pink Floyd (nie tylko z powodu nazwy), najbardziej folkowe The Fog i Flashlight, i te charakterystyczne dźwięki gitary Reinego Fiske w Gentle Stream czy w końcówce Dogs; poza tym masa różnych detali, które jeszcze bardziej skłaniają słuchacza do przytulenia tej muzyki do ucha. Nad tym wszystkim unoszą się fantomy amerykańskich chłopców z gitarą z lat 60. i 70., czyli The Byrds i Buffalo Springfield, kanadyjskiego szaleńca (Neila Younga) i smutnego Brytyjczyka, Nicka Drake'a. Same najlepsze wzorce.

Ocena: 8/10

Polecam również tekst Łagodnym strumieniem o Gentle Stream (i nie tylko) na blogu Markomania.

piątek, 24 lutego 2012

Happy Birthday, John!



Wiem, przepraszam za spóźnione życzenia urodzinowe (powinienem był to zrobić wczoraj), ale tak się zdenerwowałem na ZUS, że gdy wróciłem do domu, to zapomniałem o tym prawdziwym, wirtualnym świecie, w którym "prawdziwie" żyję. Musiałem jeszcze wyjść z psem na spacer (zapchlony kundel!), żona zmusiła mnie do czytania książki dziecku na dobranoc, które w nosie miało moją interpretację wiersza Juliana Tuwima "Słówka i słufka", a na domiar złego wieczorem, nasz ukochany sąsiad zaczął spuszczać szambo, przez co kolacja, sporządzona według sprawdzonego przepisu, smakowała zupełnie inaczej, czego dowodem była dezaprobata żołądka i innych organów, które jeszcze we mnie grają. 

Całkowicie zapomniałem o tych piosenkach, które, tak przynajmniej się mówi, wypuściłeś celowo do sieci, domyślnie w Maus Space, czyli w miejscu, gdzie słuchacze Twoich muzycznych wykładów, zbierają się do kupy (fuj! sąsiad...) i analizują poszczególne tematy. Czekaj, kiedy to było... Tak, w połowie lipca, wtedy pojawił się mixtape Upset the Rhythm dla serwisu International Tapes, gdzie znajdowało się demo Castles In The Grave. Zaraz potem pojawiła się cała reszta utworów, które nie weszły na We Must Become Pitiless... lub też zostały nagrane z myślą o nowym albumie. Tak czy siak, krążą po sieci budząc ciekawość zwiedzających. 

Nie miałem dotąd zwyczaju pisać o czyiś demówkach, ale w tym wypadku zrobię wyjątek. Bardzo podoba mi się Rock the Bone, zaskakuje The River a beztytułowy No Title (Molly), bierze udział we wspólnej akcji Domino Records i Ribbon Music na cześć wypadającego co rok Record Store Day (w tym roku, 21 kwietnia). Tak jak na poprzednich krążkach, pachnie mi tu dobrym synth popem a la Ultravox i wokalem epileptycznego Iana Curtisa. Fani Johna Mausa zachłysną się tymi dźwiękami od pierwszej nanosekundy. Także, Happy Birthday John!

P.S. A ta tańcząca pani w teledysku to Betty Rowland.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Znowu te walentynki


Still Blue Still Turning - American Artist
2011

Święto Zakochanych - jak wszyscy dobrze wiemy - nie wypada w lutym. Święto Zakochanych trwa przez cały rok, a 14 lutego obchodzimy Walentynki. Zgodnie z konsumpcyjną tradycją przywiedzioną z USA i Europy Zachodniej, naszym obowiązkiem jest dopilnowanie, aby ukochana/y otrzymali pełną gorącego uczucia, walentynkową kartkę z miłosnym wierszykiem oddalonym około 20 kilometrów od poezji śp. Wisławy Szymborskiej. Nie wolno zapomnieć o pocałunku, cementującym wargi, a dla niektórych będącym jednocześnie aforyzmem bezsłownym i niepiśmiennym. Można kupić walentynkowe serce z czekolady albo takie materiałowe, ozdobione girlandami. Oryginalni wyrwą sobie serce z własnej klatki piersiowej i zapakują w ozdobny, foliowy worek, który kilka godzin później trafi do miłościwie mu panującej luby. Kierując się ścieżką wytyczoną przez starszych konsumpcyjnych braci w wierze (czyt. Amerykanów),  zabieramy chłopaka/dziewczynę na uroczystą kolację przy świetle najdroższych w mieście świec, obtoczonych świńską skórą, do najdroższej restauracji, z kelnerem w ramach walentynkowej promocji, wystylizowanym na lata 60. XX wieku. Oczywiście kolacja to dobry fortel. Celem głównym jest zaciągnięcie chłopaka/dziewczyny do łóżka, proste grzmocenie, konsumpcja i jeszcze raz konsumpcja. Po grzmoceniu następuje apopleksja u dziewczyny, a chłopak staje się eunuchem. Oboje nie są już zdolni do okazywania sobie szczerych uczuć, i dlatego 15 lutego świętujemy jako Święto Odkochanych. 

Nie wiem w jaki sposób Wy spędzicie jutrzejszy dzień, ale jeżeli nie stać Was na wypasioną restaurację, drogie prezenty ze sklepu z duperelami i nie jesteście w stanie na siłę stworzyć miłosnego wiersza lub też nie świętujecie tego dnia specjalnie wyjątkowo, to my spróbujemy pomóc. Amerykański duet Still Blue Still Turning jest producentem takich muzyczno-miłosnych karteczek, minimalistycznych w słowach, ale po prostu pięknych i - tak mi się wydaje - szczerych. Ryan Brady i Ray Duer mają doświadczenie muzyczne, które nabyli udzielając się w zespołach shoegaze'owych i dream popowych. W 2009 roku postanowili jednak powołać do życia projekt zajmujący się muzyką minimalistyczną, ambientową, slow-fi i tylko oni wiedzą jaką jeszcze. Osoby lubiące powoli rozpływające się melodyjne ambienty mogą w Still Blue Still Turning odnaleźć kilkadziesiąt lub kilkaset minut muzyki (samo American Artist trwa ponad godzinę), która od razu zapisze się im w pamięci. 


American Artist to drugi album Still Blue Still Turning. Skojarzenia? Przede wszystkim Harold Budd i te jego nawiedzone cudnymi melodiami kompozycje (również te stworzone razem z Robinem Guthrie). For James Wright, in his Hammock brzmi jakby żywcem zostało wyjęte ze ścieżki dźwiękowej do Lynchowego obrazu Prosta Historia; duet składa także wyrazy uznania dla Richarda Serry, którego wystawa w Metropolitan Museum w Nowym Jorku, zatytułowana Union, bardzo wbiła im się w głowę.  Pojawia się nawet Polska w  tytule: Damski czepek. Mój faworyt to Unstacked. Jest pięknie, daje o sobie znać przeszłość i uwielbienie do Kevina Shieldsa. Panowie dwa tygodnie temu wydali nowy album Hurricanes, na który warto rzucić uchem. Myślę, że wystarczy, gdy bliską wam osobę weźmiecie w ramiona i odpalicie w odtwarzaczu American Artist - wszystkie te pluszowe maskotki i napakowane chemikaliami czekoladki zostaną przykryte pierzyną pięknych dźwięków.

Still Blue Still Turning - bandcamp


P.S. Tak na marginesie, Sharon Van Etten opowiada Piczforkowi o swoim ulubionym napoju, wymienia Billa Murraya jako ulubionego aktora (ja też!) oraz miejsce, czyli Kraków, gdzie spotkała się z najbardziej entuzjastycznym przyjęciem. 

czwartek, 9 lutego 2012

W nurcie rzeki Amur

Artwork by Ana Cabaleiro

Riviere Amur - Bois Flotté
I Had An Accident Records
2011

Wersja I

Ręce obejmujące jedno z tysięcy drzew w znajomym lesie okalającym rzekę Amur, to znak, by w końcu przestać się bać sił, które rządzą naturą, a nawet zachęta by pogłębić nasze więzy z życiem ulokowanym w mieszkaniu z zieloną tapetą, nierzadko z grzybami w miejscach wilgotnych. Dwa niezwykłe liski biegają po tym mieszkaniu, w poszukiwaniu przygód i zaginionej Arki Przymierza. Tu i ówdzie spotykają pasące się łanie, nad ich głowami przelatują jastrzębie i nieruchomo zastygają pustułki. Od czasu do czasu widzą kąpiącą się Artemidę. Mają ochotę podejść bliżej, lecz boją się, że podzielą los myśliwego, Akteona. W nocy zachodzi ogromna metamorfoza. Dwa niezwykłe lisy tracą swe piękne rude futro, wydłużają im się przednie łapki, zanikają ogony, i zielone, leśne mieszkanie zamieniają na drewnianą chatę z niewielką ilością sprzętów AGD i RTV, za to z wszelkiego rodzaju instrumentami: elektronicznymi i akustycznymi, mającymi im pomóc w archiwizowaniu wszystkich inspiracji i wydarzeń, które spadły na nie niczym wyżej wspomniana pustułka na źle schowaną mysz. 

Dwa sprytne lisy (sprytniejsze od swego kolegi, który niedawno został wyrzucony z tygodnika Wprost), płci żeńskiej, to Felicia Atkinson (Je Suis Le Petit Chevalier) i Jackie McDowell (Inez Lightfoot), znane miłośnikom przyrody i muzyki eksperymentanej. Z kilkuset stronnicowego indeksu dołączonego do specjalnego wydania ambientowej encyklopedii, dowiadujemy się, że Riviere Amur to ich wspólny pomysł i wykonanie, a Bois Flotté to pierwsze wydawnictwo, które rośnie w lasach. Jackie uwielbia słoneczne popołudnia, bo właśnie wtedy czuje przypływ tej magicznej energii z pobliskich lasów. Lecz to nie wszystko. Jackie oprócz samplowania odgłosów rodem z natury, sampluje też np. swoją pralkę. Felicia Atkinson powinna być dobrze znana czytelnikom tego bloga, więc daruję sobie jakiekolwiek próby poinformowania Was, kim jest ta belgijsko-francuska artystka. Wspomnieć jednak należy, że obie panie popełniły wcześniej malutki split, który wydał label Stunned Records (nośnik ów oznaczony jest numerem 119). 


Bois Flotté, podobnie jak rzeka Amur, z nieśpiesznym nurtem toczy swe dźwięki, wijąc się jak pustynny wąż, akumulując wzdłuż brzegów ogromne ilości ripplemarków, grzęznących w uszach jak kawałki soli kuchennej. Artemis wynurzająca się z wodnej piany, zupełnie naga, dotykając mokrego, jędrnego ciała, zaczyna dziki taniec, okraszając go wydobywającymi się z jej ruchów słowami, które bezboleśnie aplikują sobie pozostające pod wrażeniem tego spektaklu wszystkie parzyste i nieparzyste pary oczu. Uspokajające dźwięki i odgłosy dzikich ptaków unoszące się w powietrzu niwelują poczucie zagubienia i pomagają znieść samotność w lesie. Rzeką płynie niewielki A Red Canoe, a w nim mistrz olimpijski z Aten, Ronald Rauhe, pociskujący nas kamiennymi dronami o ostrych krawędziach, uderzenie których powoduje wytworzenie się magicznych dzwoneczków wokół głowy. Na widok czerwonego kajaka, naga Artemida rozchyla nogi. U brzegu rzeki pasą się młode łanie.

Amur jest długa na 2824 kilometry. To wystarczający dystans, by móc w pełni zaspokoić żądze ciała i ducha, i wraz z flotą drzewców i parą lisów, wyruszyć w dalszą drogę.

Wersja II

Riviere Amur to projekt Jackie McDowell i Felicii Atkinson. Kaseta Bois Flotté została wydana przez wytwórnię I Had An Accident Records w grudniu 2011 roku. Ich muzyka to połączenie field recordings z eksperymentalnymi, dronowymi wycieczkami w rejony dziewicze niczym ciało Artemidy. Obie panie nawiązały współpracę na początku ubiegłego roku. Jackie McDowell wraz z mężem Mattem tworzą duet WaterFinder, a sama artystka wydaje muzykę pod pseudonimem Inez Lightfool. Muzyka z Bois Flotté jest bliska temu, co Amerykanka przedstawiła na Nature Songs, kasecie wydanej w założonej przez małżeństwo wytwórni Biological Radio - po to, by móc dzielić się muzyką z przyjaciółmi i nie-przyjaciółmi. Inspirację dla Jackie McDowell stanowi natura i jej cykle np. zmiany pór roku oraz to jaki wpływ na ludzkie życie ma natura (w wywiadach wspomina nawet o księżycowych fazach). Felicia Atkinson, czyli Je Suis Le Petit Chelvalier, to artystka wizualna tworząca dźwięki po części zbliżone do dokonań Rachel Evans, ale nie boi się ona odrzucenia delikatnych form na rzecz głośnych eksperymentów (na przykład utwór No Talisman z L'Enfant Sauvage).

Bois Flotté to dwa utwory, zbliżone czasowo (prawie 15 minut) i tematycznie. Czyli field recordings uzupełniony przez delikatny damski śpiew i równie delikatne synthy (Artemis) jak i niepokojące dzwoneczki i przestery (A Red Canoe). Limitowana edycja. Trzeba się pospieszyć, by móc się cieszyć.






poniedziałek, 9 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011: Książki.

Przy książkach trudniej jest spędzać wolny czas.. Potrzeba do tego wytrwałości i pasji, no i oczywiście dobrej książki. Jak co roku udało się przeczytać nam kilka tegorocznych nowości. Są to wybory przemyślane i nie można tutaj myśleć o przypadku, choć raz to los, raz znowu intuicja popchnęła mnie do sięgnięcia po pewne wydanie. Lecz zanim je kupiłem, to spędziłem jakąś godzinę w popularnym salonie, sprawdzając, czy jest to coś wartego mojej uwagi. Było. Dwa dni i po książce. Uwielbiam  to uczucie, gdy czytam, czytam, czytam, czytam.. Jak żyję akcją powieści, jak nie mogę się doczekać, gdy znowu przeniosę się w świat fantastyczny. Tylko cholera, czasu brakuje nieraz.

Oto co dla Was przygotowaliśmy:


Carlos Ruiz Zafon - Światła Września, przeł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas

Każda nowość pojawiająca się od tego autora wzbudza moje zainteresowanie. Przeczytałem każdą książkę dostępną w Polsce od tego zacnego Hiszpana. Może to z sympatii do twórcy, może to z uwielbienia do Barcelony lat 30., może z tajemniczości i mrocznych historii głównych bohaterów.. Być może..

Światła Września to powieść w stylu nieróżniącym się od poprzednich, pięknie napisana, porywająca i mroczna. Oglądaliście film, Laleczka Chucky? Zabawki, lalki, misie, nocą przerażają. Spuszczają łomot wyobraźni...

C.R. Zafon umieścił akcję oczywiście w latach 30. XX wieku. Simone Sauvelle, wraz z nastoletnimi dziećmi, po śmierci męża znajduje się w ciężkiej sytuacji materialnej. By zapewnić byt dzieciom, podejmuje się pracy u Lazarusa Janna, wynalazcy i właściciela fabryki zabawek. Jako zarządca domu, poznaje tajemniczą rezydencję, pełną dziwacznych zabawek i przedmiotów. Rodzina powoli aklimatyzuje się w dziwnym miejscu, Irene nawiązuje znajomość z kucharką Hannah, dzięki której poznaje Ismaela. Lecz w pewnym momencie akcja nabiera niebezpiecznych kolorów śmierci. Kucharka zostaje odnaleziona martwa w rezydencji. Czyżby wiedziała coś czego nie powinna? Albo ktoś się bał, że może wyjawić tajemnice? Okoliczności i powód śmierci postanawiają rozwiązać młodzi detektywi, Ismael i Irene. Okazuje się, że tajemnice domu i Pana Lazarusa są o wiele bardziej mroczniejsze i straszniejsze, a fabryka zabawek to nie zwyczajne miejsce..

Powieść poziomowa, trzyma czytelnika w tej specyficznej mgle wyczekiwania, tajemniczości i nieświadomości, co się wydarzy na następnej stronie. Jestem pewien, że jeśli ktoś sięgnie po nią, nie będzie żałować.

Przygotuj ciśnieniomierz do badania ciśnienia krwi, bo napięcie rośnie bardzo szybko.


Konrad T. Lewandowski - Diabłu Ogarek. Czarna Wierzba.

Każdy wie, że szlachta polska była wielka. Lubili się zabawić, potańczyć, pośpiewać. Mieli folwarki, dworki, posiadłości, konie, służbę albo całe wioski. Od czasu do czasu, gdy nastawała taka potrzeba brali swe szable i ruszali bronić ojczyzny. Ale jednak coś się psuło i biesiło, szlachta zaczęła robić się gówniana i tylko niektórzy nie babrali się w nieczystościach i stosowali się do ogólnie przyjętych praw moralnych i honorowych jakie obowiązywały posiadaczy herbu rodowego i szlachetnej krwi..

Autor przedstawia nam powieść historyczno-fantastyczną. Sprawnie przeplata prawdziwe wydarzenia, fakty i okoliczności z czarną magią, demonami i diabłem.. Jest rok 1639, lato w pełni. Weteran wojny smoleńskiej Stanisław Jakub Lawendowski, herbu Paprzyca, pełnił funkcje woźnego trybunału ziemi liwskiej, czyli po prostu dostarczał pozwy groźnym i niechcącym się poddać sprawiedliwości  przestępcom. Niejednokrotnie zdarzało się, że woźny dostarczając wezwanie musiał korzystać z bijaka i cepa, gdyż szabli jego ród nie nosił za sprawą przysięgi jaką złożyli ich przodkowie. W nielicznych przypadkach, dla tych najbardziej opornych przestępców, Lawendowski przygotowane miał coś specjalnego, coś nie do końca dobrego, ale pożytecznego, jeśli się wie jak z tego korzystać. Woźny doskonale wiedział, że z diablikami można zawrzeć układ, ale nigdy nic od nich nie przyjmować. Więc nieraz korzystał on z pomocy czarnej magii, by doprowadzić złoczyńców przed oblicze trybunału. Jednak dla katolickiej Polski, takie praktyki musiały znaleźć przeciwników w biskupie i hiszpańskim inkwizytorze, który jak się okaże nie był człowiekiem... Jakub Stanisław Lawendowski, musi stawić czoła nie tylko przestępcom, ale całemu złu jakie zostanie uwolnione przez magnatów, knujących wielką intrygę. Równowaga między dobrem, a złem zostanie mocno zachwiana... Demony zaczną się panoszyć w Liwcu i okolicy, duchy, strzygi, topielce, zombie.. Ogólnopolska masakra! Lecz woźny wraz ze swoimi ziomkami dzielnie postanowi stawić czoła temu problemowi i spróbować odwrócić los Polski.

Cholera, streściłem prawie całą fabułę. Powieść czyta się doskonale, szybko i łatwo, a momentami demoniczne akcje jeżą włosy na głowie! Kompletnie nie żałuję, że kupiłem tę książkę i jeśli tylko pojawi się kolejna część szybko ją nabędę.



Umberto Eco - Cmentarz w Pradze, przełożył: Krzysztof Żaboklicki 

Włoski pisarz pozazdrościł kolegom-pisarzom dzieł mieniących się spiskami, tajemniczymi zgromadzeniami, które potajemnie decydują o losach świata i rytuałami, gdy wykrzykuje się obrzydliwe przekleństwa i imiona demonów (...) Cmentarz w Pradze, czyli najnowsza książka Eco, okupująca listy bestsellerów, to świetnie poprowadzona akcja, skupiająca się wokół legendarnych Protokołów mędrców Syjonu, które to zainspirowały samego Adolfa Hitlera (same Protokoły to zręcznie napisany falsyfikat, ale Führer uważał je za autentyk). Głównym bohaterem jest fałszerz, szpieg, mizantrop Simonini, który nienawidzi Żydów, jezuitów, masonów i do niemal każdej europejskiej nacji odczuwa wstręt. Dla niego najważniejsza jest dobra kuchnia. Jesteśmy świadkami powstania owych sławnych Protokołów..., patrzymy na krzywe nogi Garibaldiego i bierzemy udział w "wyprawie tysiąca", kosztujemy wykwintnych dań itp. 

Można zrzynać się na Eco, że to nie jest jego najlepsza książka. Lecz nie jest też najsłabsza. Wszystkie spiski świata mogą być naprawdę interesujące.


Jakub Żulczyk - Zmorojewo

To jest styl pisania jaki lubię. Śmiesznie i mrocznie, żarty mieszają się z nocą, śmieszą i straszą zarazem.

Zmorojewo to historia 15-letniego Tytusa Grójeckiego, wielbiciela horrorów, zjawisk nadprzyrodzonych oraz swojego grubego kota. Jego życie jest zupełnie normalne, ma rodziców, którzy zbytnio się nim nie interesują i problemy w szkole. Gdy nadchodzą wakacje, spodziewa się, że wyjedzie na jakieś egzotyczne wczasy; jednak podobnie jak jego koledzy grubo się pomylił.. Rodzice chcą go wysłać do babci na wieś! To był dla niego szok.. Ale pogodził się z tą myślą, gdy dowiedział się, że wieś babci - Głuszyce, sąsiaduje z tajemniczym miastem-widmo.. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że to miejsce jest przeklęte i każdy kto tam się zapuści już nie wraca.. Jedynymi dowodami są zdjęcia i filmy tych, którzy nie powrócili. Horrory i zjawiska niewyjaśnione - te zainteresowania Tytusa przyczynią się do największej i najniebezpieczniejszej przygody jego życia. Klątwa, jaka ciąży nad jego przodkami od lat, znów zacznie działać.. Siły ciemności vs. Tytus Grójecki. Sam kontra całe zło.

Jak to zwykle bywa, między światem ludzi, a światem duchów, istnieje pewna granica. Naruszenie tego podziału powoduje, że zło zaczyna przechodzić przez tę granicę.. Jest tak, również i teraz. Tajemnicze i straszne sługusy Leszego, coraz bardziej rozbisurmaniają się po ziemi, przez co Zmorojewo jest w niebezpieczeństwie ogromnym, a to za sprawą zdobycia przez siły ciemności trzech kluczy. Tylko w Tytusie nadzieja..

Uwielbiam takie książki, gdy czyta się z zapartym tchem i śmieje się pod nosem, a w nocy zasnąć nie można. Naprawdę warto poznać przygody nastolatka i przeżyć razem z nim niesamowite przygody!


Przemysław Borkowski - Opowieści Central Parku

Zawsze miałem wrażenie, że mierzący prawie dwa metry (197cm podają internetowe "nierzetelne" źródła) Przemysław Borkowski jest jednym z dwóch głównych napędów Kabaretu Moralnego Niepokoju. Legenda głosi, że to on napisał Balladę tragiczną (chociaż w programie Akademia Rozrywki w radiowej Trójce, nie potwierdził tej informacji, ani też jej nie zdementował... wywinął się od odpowiedzi). Faktem jest, że obok Roberta Górskiego, to właśnie Przemek pisze najwięcej tekstów. Pisze również książki. W 2009 roku ukazał się jego debiut - Gra w pochowanego ( „Jest to powieść s-f (ale bez przesady), z wątkiem kryminalnym i elementami makabry.”). Po dwóch latach milczenia, Pan Borkowski powrócił z opowiadaniami. Opowieści Central Parku to zbiór krótkich historii, utrzymanych w gangsterskich oparach i klimacie rodem z Ojca Chrzestnego. Pełno tu czarnego (i białego) humoru, góra interesujących bohaterów (Martwy John - mój faworyt) i świetnych ilustracji sporządzonych przez Marcina Szerenosa. Przemek dedykuje tę książkę swoim przyjaciołom z kabaretu. Będąc dociekliwym można wyłapać parę cech, które później w łatwy sposób jest przypisać poszczególnym członkom kabaretu. Nie chcę tutaj wymieniać wszystkich skojarzeń, ale czy Buck No I Co Z Tego, nie ma przypadkiem charakteru Mikołaja Cieślaka? Drodzy bracia i siostry, warto się nad tym zastanowić...


Truman Capote - Harfa traw, Drzewo nocy i inne opowiadania, przeł. Krzysztof Zarzecki

Jak cudnie, że ukazują się kolejne wznowienia dzieł Trumana Capote. Słynna Harfa traw i inne mniejsze opowiadania, ukazują świat dzieciństwa Trumana, dorastanie na obszarze amerykańskiego Południa, mieszkanie w domku na drzewie. Zawsze, gdy wymawiam nazwisko Capote, to przed oczami mam jego wspólne zdjęcie z Marilyn Monroe.  To ponoć ona miała zagrać Holly Golightly w filmie opartym na prozie Capote'a, Śniadanie u Tiffany'ego. Przynajmniej on tego chciał. Budowanie nastroju i emocji oraz oddanie klimatu chwil, które minęły i które są, to największa zaleta nie tylko tej książki, ale oryginalnego stylu, z którym kojarzony jest Capote. Pozycja obowiązkowa!

piątek, 6 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011: Filmy



1. Drzewo życia, reż. Terrence Malick, USA 

Nadworny poeta Hollywoodu w wybornej formie. Drzewo życia, tak jak poprzednie filmy Malicka, podzieliło krytyków i zwykłych kinomanów; zarzucano temu filmowi bycie "wydmuszką", zwracano uwagę na bezsensowność całej historii i pretensjonalne zakończenie. W tym całym fermencie nie zauważono jednak jak wspaniale Malick połączył rodzinną tragedię zwykłej amerykańskiej rodziny (w latach 50 XX w.) z modlitwą do Boga i medytacją nad sensem życia. Piąty film w dorobku tego filmowego poety, i kolejny, który mnie zachwycił. Całkowicie zasłużona Złota Palma w Cannes. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Drzewo życia


2. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi, Iran 

Irańska kinematografia zachwyca od dobrych kilkudziesięciu lat, lecz w ostatnich latach zmieniło się jej postrzeganie. Z obrazów przesyconych poezją (np. film Majida Majid - Kolory Raju), wyłoniły się filmy nie obciążone tak mocno impresjonistycznym balastem, w zamian oferujące błyskotliwą i wciągającą fabułę oraz dialogi, uwypuklając jeszcze mocniej podziały w irańskim społeczeństwie. Poprzedni film Farhadiego - Co wiesz o Elly, stanowi z perspektywy czasu preludium do tego, co widzimy w Rozstaniu. Znakomity film!


3. Circumstance, reż. Maryam Keshavarz, Francja-USA-Iran 

Historia dwóch przyjaciółek, które żyją w świecie zdominowanym przez zakazy, mężczyzn, konserwatyzm i fanatyzm religijny. Ten film to przede wszystkim głos o wolność jednostek, o możliwość realizowania własnych marzeń. To wspaniała historia zbuntowanych dziewcząt odkrywających swą seksualność w tradycyjnym irańskim społeczeństwie. Świetnie zagrany przez młodych i zdolnych aktorów. Zniewalająco działa na widza. 


4. Kieł, reż. Giorgios Lanthimos, Grecja 

Chory film - tak jest najczęściej określany obraz Lanthimosa. Może i tak, ale sami przyznajcie, że ciężko jest porzucić oglądanie tego filmu w połowie. Znacznie lepszy od Attenberg (2010, również z Grecji), straszny ale i momentami groteskowy, pokazujący jak łatwo jest manipulować drugim człowiekiem, ucząc go zupełnie odmiennego, od rzeczywistego, postrzegania świata.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Kieł


5. Moskitiera, reż. Agusti Vila, Hiszpania 

(Nie)Zwyczajne małżeństwo przechodzi kryzys. Mąż zamiast dbać o żonę i syna, zajmuje się doświadczoną przez los, piękną służącą. Matka wdaje się w romans z kolegą swego syna. Syn bierze narkotyki i przynosi do domu kolejne bezpańskie psy i koty. Kluczowa wydaje się być ostatnia scena - scena wspólnego obiadu, podczas którego spotyka się cała rodzina. Moskitiera, którą nawzajem się otoczyli, sprawia, że nie chcą już nikogo więcej w swoim otoczeniu, bo właśnie w nim czują się najlepiej. Plus - kapitalna, niewielka rola Geraldine Chaplin. 


6. Sala Samobójców, reż. Jan Komasa, 2011

Sala Samobójców to film egoistyczny, o egoistach, dla ludzi.. Film szokujący i prawdziwy, w dobie tak mocnej ekspansji internetu w nasze codzienne życie, nie zostawia suchej nitki na problemie jaki może wyniknąć ze zbyt poważnego traktowania wirtualnego świata. Dodatkowo, całkiem niezła ścieżka dźwiękowa, o którą w polskich filmach nie zawsze jest łatwo. Ktoś może powiedzieć, że jest to beznadzieja, nic nie wnosi ten film i nie skłania do szczególnych rozmyślań. Ktoś jest egoistą...




7. Dom Snów, reż. Jim Sheridan, USA

Zdarza się, że realizm snów powala na kolana nasz umysł i jego poczucie rzeczywistości.. Wtedy może to być najgorsze albo i najpiękniejsze 30 sekund skołowania. W niektórych przypadkach ma to głębsze podłoże, które trudno wyjaśnić, ciężko zrozumieć i niewyobrażalnością jest pogodzenie się z rzeczywistością/snem. Tak właśnie się czułem po obejrzeniu amerykańskiego thrillera, Dom Snów

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Dom Snów


8. Drive, reż. Nicolas Winding Refn, USA

Miasto Aniołów znów stało się modne i kultowe. Ryan Gossling (kolejna znakomita rola, podobnie w Blue Valentine) ubrany w kurtkę z logo skorpiona, walczy o ukochaną, rozbijając się samochodowymi cudeńkami. A wszystko to zostało wypolerowane, wystylizowane na amerykańskie kino sensacyjne/samochodowe z lat 70. i 80. W niektórych kręgach film ten obdarza się kultem. Z pewnością zachęci on do obejrzenia wcześniejszych dzieł Duńczyka. Plus - synth pop z Italians Do It Better. 


9. Melancholia, reż. Lars von Trier

Koniec świata ma dwa oblicza. Pierwsze, to zbliżająca się kosmiczna apokalipsa, której na imię Melancholia. Drugie, to każdy, pojedynczy dramat istoty ludzkiej pogrążonej w wyniszczającej depresji. Świetna rola Kirsten Dunst, która w końcu odetnie się od wizerunku szkolnej dziewczynki i Lars von Trier wracający do formy po zwyczajnie złym Antychryście


10. Oczy Julii, reż. Guillem Morales, Hiszpania

Latynoskie filmy grozy poprzeczkę mają zawieszoną wysoko, ale Oczy Julii pokonują ją bez problemów.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Oczy Julii

środa, 4 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011: Albumy - Świat

28 zagranicznych wydawnictw 2011 roku 


28. Pure X - Pleasure

Pleasure to bez wątpienia jeden z najsilniejszych środków odurzających jaki pojawił się w tym sezonie; niedostępny w aptece ani na czarnym rynku, tylko w sklepie płytowym. Refundacja do decyzji NFZ.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Pure X - Pleasure 


27. Peaking Lights - 936

Rytuały i szamańskie obrzędy w zapuszczonej przybudówce, tworzone przez dwoje naćpanych ludzi: Aarona i Indrę. Wciągają pop i psychodeliczne improwizacje. Na ścianach wiszą plakaty Kraftwerku i niemieckiej grupy Can. Na stole pełnym rupieci leżą dwie czarne peruki a'la Bob Marley. 936, czyli lato według Not Not Fun. 


26. Higuma - Pacific Fog Dreams

Pacific Fog Dreams to zbiór siedmiu piosenek, wykąpanych w dronach, psychodelii i w odrealnionych wokalach panny McGee. Evan Caminiti, czyli połowa duetu Barn Owl, prezentuje senne obrazy, namalowane przez swoją zamgloną wyobraźnię. 




25. Gang Gang Dance - Eye Contact

Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że trochę przeholowałem z oceną Eye Contact. Album ten niezbyt dobrze wytrzymuje - wydawałoby się dość krótki, bo sześciomiesięczny - okres czasu. Kontakt wzrokowy przeżyły dwa single oraz Romance Layers i Chinese High. Reszta się gdzieś schowała. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Gang Gang Dance - Eye Contact


24. Rainbow Valley/Black Sky Chant (split)

Wielka Brytania (Rainbow Valley) weszła w koalicję z Rosją (Black Sky Chant), a całość działań, związanych z tą tajną operacją, została przedstawiona na konferencji w Polsce. Świetna kaseta z Sangoplasmo Records. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Rainbow Valley/Black Sky Chant


23. The Horrors - Skying

Chcieli straszyć, a uwodzą. Muzyką. Oby nadal kombinowali, bo widzę w tym zespole potencjał niewidoczny u 80% brytyjskich kapel. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": The Horrors - Skying


22. Leyland Kirby - Eager to Tear Apart the Stars

Pan "Kudłaty" Kirby wizualnie nawiązuje do projektu The Caretaker, ale muzycznie Eager to Tear Apart the Stars to kontynuacja Sadly, The Future Is No Longer What It Was - trzypłytowego kolosa. Dla mnie najnowszy album Kirby'ego przeskoczył wzwyż (ponad 6 metrów) poprzednika. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Leyland Kirby - Eager to Tear Apart the Stars


21. Shine 2009 - Realism

Najcieplejszym miejscem tegorocznych wakacji były Helsinki. Szwecja została zdetronizowana (słaba w mojej ocenie płyta Korallreven). Shine 2009, czyli kamienny duet z Finlandii, który balearic zsyła do drugoplanowej roli, dając się wyszaleć dźwiękom z lat 90. spod znaku Saint Etienne. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Shine 2009 - Realism


20. Twin Sister - In Heaven

In Heaven będzie zawodem i niewypałem dla tych, którzy spodziewali się dźwięków stricte sypialnianych, podobnych do tych, które zachwyciły w ubiegłym roku na ich drugiej EP-ce. Nie ma tu instrumentalnych wycieczek ani szablonowego sentymentalizmu (może oprócz indeksu pierwszego). Jest więcej melodii, zamkniętych w przeróżnych stylistykach. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Twin Sister - In Heaven


19. Kurt Vile - Smoke Ring for My Halo



18. Friendly Fires - Pala

Pala to wypełniona Słońcem i pozytywnymi emocjami płyta, której głównym celem jest doprowadzenie do ekstazy i wybuchu potężnej podskórnej energii, która szuka ujścia z naszego organizmu. Po czym możemy już niszczyć, kochać, nienawidzić, budować i ... inne czasowniki.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Friendly Fires - Pala


17. Bon Iver - Bon Iver

Justin Vernon na drugiej płycie włącza gitarę elektryczną i krztusi się dymem z palonego zielska, które dostał od Kanye Westa. Mocna rzecz. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Bon Iver - Bon Iver


16. David Andree - In Streams

Genialna muzyka do kontemplacji, wydana przez amerykański Sunshine Ltd. David Andree bawi się w Boga stwarzając dźwięki, przy których Adam i Ewa przemierzali Eden. Ambientowe krajobrazy ziemi obiecanej.


15. Atlas Sound - Parallax

Cox postawił na prostotę. Nie ma żadnych eksperymentów, ambientowych wycieczek (no, może poza bonusowymi Quark'ami). Gitara (z pewną ilością efektów) i wokal. Tylko tyle i aż tyle.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Atlas Sound - Parallax


14. Junior Boys - It's All True


Czwarty album kanadyjskiego duetu Didemus - Greenspan potwierdza ich klasę i rozjaśnia jeszcze bardziej ich dyskografię. Moi faworyci: Playtime oraz Second Chance

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Junior Boys - It's All True


13. Andrew Chalk - Violin by Night

Zawieszony pomiędzy Basińskim a Chihei Hatekayamą, longplay Violin by Night założyciela labelu Faraway Press, Andrew Chalka, to taki niskonakładowy skarb, o istnieniu którego wie niewiele osób. Na szczęście ja jestem jednym z tych wybranych. 



12. Bill Callahan - Apocalypse

Apocalypse może i nie posiada magii, którą obdarzona była jej poprzedniczka, ale wciąż jest to płyta wyróżniająca się z marazmu i średniactwa większości współczesnych, muzycznych wydawnictw. Callahan odwalił kawał dobrej roboty!

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Bill Callahan - Apocalypse


11. Motion Sickness of Time Travel - Luminaries and Synastry/Dreamcatcher

Rachel Evans powiła w tym roku dwie piękne córki. Podobne są one do poprzednich pociech mamusi, ale jakby bardziej wyraziste. O pierwszej napisał Piczfork, co samo w sobie stało się wielkim wydarzeniem. Mnie się jednak wydaje, że dopiero w połączeniu z Dreamcatcher, [ta pierwsza] nabiera mocniejszego uderzenia. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": MSOTT - Luminaries and Synastry/Dreamcatcher


10. The War On Drugs - Slave Ambient

W podróży ostatnio słucham dużo dobrej, amerykańskiej muzyki. The War On Drugs mogą grać tak samo jak zespoły i artyści w latach 60. i 70., nie bacząc na zarzuty pod swoim adresem. Wszakże przyjemność zamyka usta największym zuchwalcom.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": The War On Drugs - Slave Ambient


9. John Maus - We Must Become Pitiless Censors of Ourselves

Kumpel Ariela Pinka powrócił z nową porcją synth-popu. Ukradł Molly Nilsson piosenkę (Hey Moon), wzywa do unicestwienia praw i zakazów, które rządzą jednostką (Cop Killer) i potwierdza, że niejednoznaczne odbieranie jego osoby i twórczości tylko mu schlebia. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": John Maus - We Must Become...


8. Fleet Foxes - Helplessness Blues

Helplessness Blues to wymarzony album dla osób, które pragną usłyszeć więcej. I potwierdzenie, że na Fleet Foxes warto wydawać pieniądze. Czy można już Robina Pecknolda kreować na jednego z najważniejszych songwriterów naszych czasów?

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Fleet Foxes - Helplessness Blues


7. The Caretaker - An Empty Bliss Beyond This World

Nierefundowany lek na chorobę Alzheimera. A tak na poważnie: zsamplowane i zapętlone dźwięki z '78 roku, działają również na zdrowych osobnikach, potwierdzając, że muzyka jest dobra na wszystko. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": The Caretaker - An Empty Bliss Beyond This World


6. Panda Bear - Tomboy

Ponad czteroletnie oczekiwanie na następcę płyty Person Pitch, dla wielu przełomowej, także i dla mnie, odchodzi w niepamięć, gdy przez blisko 50 minut z głośników sączą się dźwięki po prostu genialne. Szamańskie obrzędy i wesela w środku amazońskiej puszczy (Person Pitch) Noah Lennox aka Panda Bear, zamienił na letnie plażowanie przy łagodnym szumie fal (Tomboy).

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Panda Bear - Tomboy


5. Oneohtrix Point Never - Replica 

Na pierwszy ogień idzie piosenka o znamiennym tytule Andro. Następnie mamy kolesia opróżniającego puszkę Coli (Nassau), Wilka i Zająca bawiących się przy akompaniamencie Thoma Yorke'a (Replica) i cały ciąg plądrofonicznych układanek, które zapraszają do wspólnej zabawy. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Oneohtrix Point Never - Replica


4. Julian Lynch - Terra

Terra, trzeci longplay kontynuuje poszukiwania zawarte na Mare, ale pokazuje też Juliana jako coraz bardziej pewnego i świadomego swoich zalet kompozytora i instrumentalistę. Warto także sprawdzić tegoroczne Buffalo Songs, by przekonać się, że trzy pełne albumy, to tylko preludium do tego, co szeroki, muzyczny horyzont tego pana ukrywa za sztucznie rozpyloną mgłą. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Julian Lynch - Terra 


3. Destroyer - Kaputt

Dan Bejar jest jak dobre wino - im starszy, tym lepszy. Kilkanaście lat po swoim debiucie jako Destroyer, nadal zaskakuje nowymi pomysłami na siebie i umiejętnie trafia z nimi do szerokiego grona słuchaczy. Mimo że moimi ulubionymi albumami pozostają: Your Blues i Destroyer's Rubies, to Kaputt stanowi solidną pozycję w katalogu płytowym tego sympatycznego Kanadyjczyka. A utwory takie jak ChinatownSuicide Demo for Kara Walker czy zamykające Bay of Pigs, mogę włączyć w każdym momencie, i wiem, że te soft rockowe dźwięki nadal sprawią mi przyjemność.

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Destroyer - Kaputt


2. Radiohead - The King of Limbs

Ponad dekadę temu, o Radiohead można było powiedzieć: zespół rockowy z talentem do niezłych riffów (Creep). W 2011 roku piątka z Oksfordu niczego nie musi udowadniać, gra to, co lubi, a ten klimatyczny mini-album (całkiem trafne określenie, myślę...), daje fanom Radiogłowych poczucie, że ich ulubiony zespół nadal gra na wysokim poziomie. 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Radiohead - The King of Limbs


1. Real Estate - Days

Cudownie gitarowy i zwiewny album o codziennym życiu na amerykańskich przedmieściach wielkich miast. Talent kompozytorski Martina Courtneya potwierdzają takie utwory jak chociażby otwierające Easy, unoszące do góry ciężkie, ludzkie ciała, opowiadający o czasach bezpowrotnie utraconych. Proste i cudowne Wonder Years Alexa Bleekera to dowód na to, że Real Estate nie tylko Courtney'em i Mondanilem stoi. Echa The Smiths rozbrzmiewają w Green Aisles, a singlowe It's Real stanowi idealny przykład Real Estate jako zespołu radiowego, przyjaznego, wymodelowanego i urzekającego. Bez cienia pretensjonalności. W tym momencie w USA nie znajdziecie lepszego gitarowego zespołu. To wszystko prawda: Days albumem roku! Dzięki Bogu... 

Przeczytaj nasze "nie wiadomo co": Real Estate - Days