Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 października 2011

wtorek, 18 października 2011

wtorek, 6 września 2011

The War On Drugs - Slave Ambient


The War On Drugs - Slave Ambient
Secretly Canadian
2011

Długo szukałem i czekałem, ale cierpliwość jednak popłaca. Slave Ambient to przykład idealnego soundtracku do filmu drogi. I nie tylko... Każda wycieczka w takt tej muzyki jest przyjemnością. Jeżeli wybierać się w podróż samochodem czy rowerem, to obowiązkowo z najnowszą płytą The War On Drugs. 

poniedziałek, 25 lipca 2011

czwartek, 2 czerwca 2011

Trupa Trupa - LP


Trupa Trupa - LP
2011

Oni są nadpobudliwi  i niespokojni!

Już za niedługo Gdańsk nie będzie znany tylko dzięki Fontannie Neptuna, z największego w średniowiecznej Europie dźwigu portowego czy ze stoczni. Właśnie materializuje się im nie lada konkurencja. Może nie da się jej pomalować sprayem, nie ma tak dużej powierzchni użytkowej, może ciężko będzie jej zrobić zdjęcie, może uda się coś o niej przeczytać.. To pewne. Ale najpewniejszą metodą, by zapoznać się z nowymi ulubieńcami polskich turystów jest muzyka. Tak, Gdańsk ma powody do chlubienia się pewną grupą muzyczną - nie grającą byle jakiego popu i ckliwej elektroniki. Ten ciężki bursztynowo-ołowiany kawał rock'n rolla, wyłowiono prosto z Bałtyku. Zasadnym jest doszukiwać się tu ingerencji Boga mórz i oceanów - on musiał maczać w tym palce... Trupa Trupa.

Po tę płytę nie powinni sięgać życiowi narwańcy; nie da się jej wysłuchać za jednym strzałem... kolejny.. kolejny.. i dopiero wtedy wyrabia się w Tobie ocena faktyczna. Patrząc z perspektywy polskiej, sielskiej prowincji, ich styl i przepis na muzykę jest jak zobaczenie całkowitego zaćmienia słońca (zazwyczaj jest pochmurno) - to wydarzenie na skalę ogólnokrajową. Jest to chyba jedyny w swoim rodzaju projekt (obok nieistniejącego Indigo Tree), który ma do zaoferowania słuchaczowi ampułkę prawdziwych emocji w niewygórowanej cenie, autentyczną i prawdziwą. Zauważalne są pewne pojedyncze podobieństwa w niektórych chwilowych momentach piosenek, ale wynika to raczej z epoki (psychodeliczny rock lat 60. i 70., Joy Division i inni...), którą szczególnie upatrzył sobie czarno-biały kwartet w osobach: Grzegorz Kwiatkowski, Wojtek Juchniewicz, Tomek Pawluczuk oraz Rafał Wojczal. Sprawne balansowanie pomiędzy granicą szaleństwa, otchłaniami umysłu, oparami wylajtowania, powolnym dogorywaniem, panicznym lękiem, energetycznym drinkiem i rosnącym podnieceniem końca czyni debiutancki album Trupy Trupy faunistycznie różnorodnym. Panoramix ma podobnie w kociołku.

Gdy po raz kolejny przesłuchuję najnowszy, jedyny do tej pory longplay tych gości, to nie mogę się pozbyć wrażenia jakby dusza Jima Morrisona nagle postanowiła opuścić piekło i stwierdziła, że zadomowi się w Gdańsku. To nie byle jakie wyróżnienie. Muzycznie jest surowo, garażowo, z elementami brytyjskiej psychodelii, z charakterystycznymi dla rocka lat 60. klawiszami. W ciągu tych niecałych trzydziestu minut z głośników sączy się potężna energia i melodyjna różnorodność. Czy to będzie rozpoczynające, anarchistyczne i transowe Revolution albo gniewne Good days are gone, lub moje ulubione, krótkie i mocne Marmalade Sky - emocjonalność liryczna i muzyczna tych piosenek potrafi porwać niejednego obojętnego. Płyta kończy się utworem Take my hand - idealnie dopełniającym i stanowiącym efektowną klamrę dla brzmień zawartych na albumie. Fantastyczna produkcja Adama Witkowskiego dopełnia tylko obrazu płyty kompletnej.

Płyta jest w języku urzędowym świata - szkoda, że zespół nie zdecydował się na kilka piosenek po polsku (rozumiem, jednolitość stylistyczna, koncept, harmonia itp.) - większe byłoby pole rażenia liryki. Grzegorz Kwiatkowski pięknie zadbał o to, by od strony tekstowej była ona schludnie uprasowana. Kto czytał choć jeden tomik znamienitej twórczości Kwiatkowskiego, ten wie jaki poziom osiąga jego słowo. Zwykliśmy narzekać na polskie teksty, nawet te śpiewane po angielsku - tu nie ma się do czego przyczepić.

Coś jest na rzeczy, że w Trójmieście powstają najciekawsze zespoły muzyczne w Polsce. Trupa Trupa niczym nie ustępuje starszym kolegom z podwórka, a przyszłość nie wydaję się być tak ponura jak nazwa tego najciekawszego debiutu ostatnich miesięcy, a może nawet i lat.

Ocena: -8/10


http://www.myspace.com/trupatrupa
http://soundcloud.com/adamwitkowski

środa, 25 maja 2011

Friendly Fires - Pala


Friendly Fires - Pala
XL Recordings
2011

Jeśli Lady Gaga tworzy przeboje, to ja jestem głuchy. Taka mała dygresja z mojej strony, mająca jednak coś wspólnego z bohaterami tej recenzji. Trójka muzyków tworzących Friendly Fires powinna udzielać korepetycji wyżej wspomnianej Pani z przedmiotu o swojsko brzmiącym tytule: Jak pisać przeboje?, bo w bezpośrednim porównaniu obu quasi sequeli miażdżącą przewagę osiągają Brytyjczycy. Lady G. - mrówka, Friendly Fires - słoń. To nie bajka.

wtorek, 17 maja 2011

Shine 2009 - Realism


Shine 2009 - Realism
Cascine Records
2011

Geograficznie zaskakują, muzycznie niestety nie.


W wyniku nieubłaganie zbliżającego się lata, człowiek ma ochotę posłuchać czegoś niezobowiązującego, lekkiego i przyjemnego. Te wymogi od ładnych kilku lat, z satysfakcją dla obu stron, spełniali Szwedzi. Biegun Ciepła paradoksalnie dla całego przemysłu muzycznego nie znajdował się w którymś z nadmorskich czy zwrotnikowych miast i metropolii, ale na północy Europy, gdzie młodzi ludzie postanowili rozgrzać serca, duszę i umysł taneczną, idealnie skrojoną, popową muzyką dla niewymagającego słuchacza, który przepełniony nostalgią za wakacyjnymi i gorącymi chwilami, odnalazł w tej muzyce, niczym utrwaloną na kliszy, część swojego życia, do której mógł wracać i wspominać, nierzadko roniąc przy tym łzy.

Sezon na tego typu dźwięki można uznać za rozpoczęty (temperatura powietrza lekko przekracza normę wieloletnią  a fakt, że naukowcy straszą globalnym ociepleniem, sugeruje, że tego typu muzyka i zespoły będą coraz częściej pojawiać się u nas w domu, a ich pochodzenie nie będzie dziwić - kto wie, może doczekamy się też balearicu ze Stacji Wostok, lub też w skali nieco mniejszej = letnich dźwięków z Suwałk), więc recenzujemy zespół ze Szwecji... Wróć. Przyzwyczajenie to największy wróg recenzenta. Okazuje się, że w Finlandii też są muzycy, którzy eksplorują rejony zagarnięte dotąd przez ich zachodnich sąsiadów. Szkoda tylko, że w większości zdań o Shine 2009 ciągle powtarza się słowo balearic, bo jego jest tu zdecydowanie najmniej.

Shine 2009 to Sami Suova i Mikko Pykäri, których współpraca rozpoczęła się w 2005 roku jeszcze podczas studiów. Miejscem - bazą - macierzą pozostają Helsinki. Jak wspominają w wywiadach: nigdy nie zamierzali zostawać muzykami. Los jednak chciał inaczej. 3 maja ukazała się ich debiutancka płyta (poprzedzona zeszłoroczną EP-ką Associates) - Realism (wydana przez Cascine). Finowie łączą w swojej muzyce brytyjski pop lat 90., który naznaczony był modą na Saint Etienne, wczesne Massive Attack czy Pet Shop Boys. Wyczuwalny jest również fiński chłód. Cieszy fakt, że ci młodzieńcy i debiutanci w jednym, mają czelność zapraszać do współpracy legendę amerykańskiego R&B/dance pop - Paulę Abdul, która wniosła nieco świeżości do So Free. Do utworów, które przyciągają uwagę zalicza się zamykające Modern Times i najbardziej przebojowe New Rules (kto śledzi tego bloga, ten nie przeoczył wzmianki o nim w ubiegłorocznym Coctail Party).

I cóż z tego, że niczego odkrywczego nie odsłaniają przed słuchaczem, nie mówiąc już o zlewających się utworach, które czasami ciężko od siebie odróżnić. Realism to naprawdę solidne wydawnictwo, które sprawdzi się w najbliższych trzech miesiącach. Później przyjdzie pora na jesienne, chmurne opowieści.

Ocena: -7/10

sobota, 14 maja 2011

Gang Gang Dance - Eye Contact


Gang Gang Dance - Eye Contact
4AD Records
2011

Cytując klasyka: Oh shit, Gang Gang.


Podoba mi się to określenie w stosunku do Gang Gang Dance i wykonywanej przez nich muzyki - jaskiniowcy. Lecz to są tacy jaskiniowcy full wypas. Muzyczni neandertalczycy. Dzięki nim epoka kamienia łupanego wkroczyła w XXI wiek, i zamiast maczug, krzemieni i kłów mamuta w rękach dzierżą syntezatory, klawisze i gitary a instynkt przetrwania mobilizuje ich do nagrywania porządnych, psycho-pop-rockowych albumów. Eye Contact to płyta pozbawiona wypełniaczy, silnie skondensowana, o bogatej strukturze utworów (co nie dziwi!) i gęstej dźwiękowej fakturze. Jest w ich muzyce coś pierwotnego, dzikiego - swego rodzaju dziewiczość. W przeciwieństwie do Saint Dymphna, nowy album eksperymentalnego kolektywu wydaje się być bardziej przemyślanym, lepiej scementowanym (inspiracji i wpływów tu co niemiara) i bardziej przebojowym.

Każda piosenka wciąga, czy będzie to taneczny dynamit w postaci utworu Mindkilla, Romance Layers - lekko funkujący utwór, w którym można się rozpłynąć (na wokalu gościnnie Alexis Turner z Hot Chip) przywodzący na myśl dokonania Księcia, open'er Glass Jar - prawie 12-minutowe arcydzieło, od podstaw budujące w słuchaczu napięcie, które osiąga maximum na początku szóstej minuty czy Chinese High z niebiańsko przyjemną końcówką. Można by tak wymienić i opisać wszystkie utwory, ale nie o to przecież chodzi. Nowojorski zespół po przenosinach do dużej wytwórni nie stracił impetu i nagrał najdojrzalszy album w swojej karierze. Specjaliści od mieszania wszystkiego ze wszystkim pozostawili, i tak nieliczną, konkurencję daleko z tyłu.

Ocena: 8/10


poniedziałek, 2 maja 2011

Zgon - Malutki wjazd do lasku



Niepewność.. Niepewna pogoda. Niepewne jutro. Niepewna przyszłość. Niepewnie, niepewnie, niepewnie, niepewnie. Wedle starej sentencji w życiu pewne jest tylko, że umrzemy, że będziemy płacić podatki i to, że "Kevin sam w domu" na święta będzie w telewizji. Ależ czuję się teraz bezpiecznie z tą wiedzą. Niepewność, niepewność, niepewność.. Po zlikwidowaniu największego terrorysty na świecie, nie wiem czy poziom mojej pewności istnienia jest wyższy. I tak to niczego nie zmieni.. Czy ktoś decydujący o czyimś życiu czuje się dobrze z tym? Ma w rękach coś najcenniejszego na świecie. I co z tym robi? Eutanazja.. Niepewność, niepewność.. Nieskazitelnie skażeni, określenie idealnie pasujące do ogółu. Z zewnątrz dobrzy, uprzejmi, szczęśliwi. W środku zepsuci, skażeni zawiścią, ignorancją i zachłannością.. Tak daleko nie zajdziesz.. Żyjący z dnia na dzień, bez planów na przyszłość, szukający chwilowych uniesień, niczym zaspakajanie narkotycznych pragnień by potem zbudzić się z bólem wszystkiego. Balanga.. Niepewność..
Nie ma jej, odeszła.. Na zawsze, nigdy nie wróci! Zmarła.. Nie zapomnij, pamiętaj. Żyj.. Alicja.
Kościół, kiedyś miejsce tak szanowane, zaklęte wyłącznie dla modlitwy i wiary. Każdy równy. Dzisiaj, obłudnicy, obłuda, świętoszkowanie.. God is alone.


czwartek, 28 kwietnia 2011

Bill Callahan - Apocalypse


Bill Callahan - Apocalypse
Drag City Records
2011

Obudź się Ameryko!


Źle się dzieje w państwie Wuja Sama. Prawie dwie trzecie obywateli tego kraju ma przekonanie, że ich kraj znalazł się w potężnym dołku: finansowym i psychicznym. Rośnie zadłużenie przeciętnego Amerykanina, nadal nie rozwiązano kwestii Afganistanu i Iraku, a superwulkan w parku narodowym Yellowstone zwiększa swą aktywność potęgując jeszcze bardziej minorowe już nastroje Jankesów. Nic więc dziwnego, że prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, postanowił powołać na stanowisko kierownika polityki zagranicznej państwa, Billa Callahana, znanego w środowisku demokratycznym aktywistę, pretendenta do schedy po Obamie. Prezydent ma nadzieję, że lubiany i ceniony na całym świecie muzyk, przekona antagonistów i wrogów Ameryki do słuszności podejmowanych przez Nią kroków oraz podniesie morale upadającego supermocarstwa. 

Mimo że powyższy akapit to zwykła literacka fikcja, ma ona jednak w sobie kilka fundamentalnych prawd. W Ameryce nie dzieje się najlepiej. Prawdą jest także, że Bill Callahan to od lat ceniona postać amerykańskiej sceny muzycznej, której jednak nie po drodze z obecnymi i poprzednimi władzami USA. Na trzeciej płycie sygnowanej swoim imieniem i nazwiskiem, muzyk rozprawia się z wizją kraju potężnego, bogatego i demokratycznego. Ameryka to kolos na glinianych nogach, który upadnie, jeżeli nie zmienimy swego sposobu myślenia. Dwa lata po wydaniu przepięknego albumu Sometimes I Wish We Were an Eagle, który zachwycił samego Lee Ranaldo (zobacz), składającego się w głównej mierze z rozpływających  ballad, czas na kolejny longplay. Apocalypse nie zawiera tylu smaczków co poprzednik, ale uwypukla jeszcze bardziej silny baryton lidera; jak usłyszysz ten głos to nigdy więcej go nie zapomnisz. Na Apocalypse artysta sięga do korzeni amerykańskiej muzyki, wracając (może nie przypadkowo) do swoich muzycznych dokonań znanych jeszcze pod pseudonimem Smog. Apocalypse to przede wszystkim zbiór siedmiu piosenek o gorzkim posmaku rozprawiających się z mitami ojczystego kraju, ale i z mitami dotyczącymi własnego ja. Callahan występuje tu w roli obserwatora i interpretatora.

Nagrany w Teksasie i ozdobiony obrazem Paula Ryana, Apocalypse to miła, niezwykle delikatna płyta. Czy to Riding for the feeling - konfesyjna ballada zagrana na elektrycznym pianinie, urzekająca swoją intymnością i urokiem lub America, gniewny protest song, gdzie Callahan bez ogródek mówi co mu leży na sercu i wymienia swoich bohaterów: Kris Kristofferson, Mickey Newbury, George Jones i Johnny Cash - gdzie oni są? Jest przecież także zamykająca płytę, dziewięciominutowa ballada One Fine Morning. Każdy z utworów wart jest parokrotnego przesłuchania.

Apocalypse może i nie posiada magii, którą obdarzona była jej poprzedniczka, ale wciąż jest to płyta wyróżniająca się z marazmu i średniactwa większości współczesnych, muzycznych wydawnictw. Zawsze też można wrócić do Sometimes...

The real people went away... 


Ocena: 7/10

sobota, 23 kwietnia 2011

Patrzeć nie tylko oczami...




Tytuł: "Oczy Julii" Pl, "Los ojos de Julia" Hiszp.
Reżyser: Guillem Morales
Produkcja: Hiszpania
Gatunek: Mocny czarny thriller
Premiera: 25 marca 2011 (Polska) 11 września 2010 (Świat)

Gdy pewnego wiosennego wieczoru wygodnie się ułożyliśmy na podłogowym materacu, nie sądziliśmy, że spędzimy prawie 2 godziny wpatrzeni jak zahipnotyzowaniu w monitor. Odpadający wieszak od ściany rozszerzy oczy do rozmiarów postaci z mangi i wyostrzy słuch, a na ustach pojawi się pytanie "słyszałeś to?".. No cóż, spodziewać się tego nie mogliśmy, ale ostrzeżemy Was przed filmem "Oczy Julii". To niebywałe, że taki film lekko miesza w żołądku kolację swymi naprawdę, "delikatnymi" scenami. 


czwartek, 21 kwietnia 2011

Panda Bear - Tomboy


Panda Bear - Tomboy
Paw Tracks Records
2011

W przypadku tego artysty bycie cierpliwym przynosi sowitą nagrodę. Ponad czteroletnie oczekiwanie na następcę płyty Person Pitch, dla wielu przełomowej, także i dla mnie, odchodzi w niepamięć, gdy przez blisko 50 minut z głośników sączą się dźwięki po prostu genialne. Szamańskie obrzędy i wesela w środku amazońskiej puszczy (Person Pitch) Noah Lennox aka Panda Bear, zamienił na letnie plażowanie przy łagodnym szumie fal (Tomboy). Zanurzmy się i My. 

wtorek, 19 kwietnia 2011

Leno Lovecraft - EP #1


Leno Lovecraft - EP#1
Maman Records
2011

Wiosna wybuchła wszystkimi kolorami, więc muzyka nie może tego przespać. Debiutancka EP-ka Leno Lovecraft to przykład najbardziej kolorowy i zakręcony, gdyż takiej dawki pozytywnych i tanecznych kawałków nie słyszałem od dawna. Już sama okładka zwiastuje napływ cieplejszych mas powietrza nad Polskę. La dolce vita!

środa, 6 kwietnia 2011

Destroyer - Kaputt


Destroyer - Kaputt
Merge Records
2011

Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Najlepiej przy muzyce z Kaputt. Dziewiąty album Dana Bejara to popołudniowe leniuchowanie na kanapie, z otaczającymi mnie słodkościami życia. Nie wszystek Kaputt? Jeszcze nie...


Dan Bejar, kanadyjski niezależny singer-songwriter ma dosyć już szerzenia mesjanistycznej nauki. I write poetry for myself. Niewdzięczny świat zawsze traktował go jako swego rodzaju ciekawostkę, zaproszenia na salony nigdy nie otrzymał. Nie dziwi więc fakt, że facet obraził się na muzykę rockową i postanowił poszukać inspiracji w innych gatunkach muzycznych. Co uważniejsi pewnie wiedzieli już o tym znacznie wcześniej: wystarczyło nieprzeoczyć dwóch mini-albumów Destroyera: Bay of Pigs i Archer on the Beach. 


Ewokacyjność nowego albumu jest potężna. Pamiętam jeszcze zeszłoroczne Gemini, które doskonale przypominało okres młodości, szalonych i niewinnych lat; pomyłką i niezrozumieniem byłoby jednak nazwanie Kaputt takim samym rodzajem muzycznej ekspresji. Na nowym krążku Bejar ciepło wspomina, otwierając się przed słuchaczem, okres gdy namiętnie słuchał Avalon i na nowo poznawał muzykę Steely Dan oraz solowe dzieła Bryana Ferry'ego. Nie zapomniał także o grupie New Order i kompozytorach muzyki filmowej (Michael Mann czy Alan Rudolph). Ciężko jest słuchając tego dzieła nie wracać do przeszłości, nie biec po ścieżce wspomnień, tych bardziej wyrazistych jak i tych wyblakłych, odczytując z nich znane osoby i miejsca.

Swan Lake, The New Pornographers i Hello, Blue Roses. Projekty, w których bierze udział Daniel to jedne z jaśniejszych punktów na muzycznej scenie. Śmiało można powiedzieć, że czego się ten Pan dotknie, zawsze obrośnie to w dobry i wartościowy kruszec, posiadający moc łowienia zachwytów i szacunku. Aktywność od ponad 15 lat nie czyni go artystą wypranym i wypalonym z pomysłów - ciągle szuka czegoś nowego, inspirującego a z rzeczy wtórnych potrafi wydobyć coś intrygującego - za to należy mu się znaleźne.

Tytuł płyty może mylić. Gehe bitte nicht kaputt, ich kann es mir nicht leisten. W życiu pobierałem nieco lekcji języka niemieckiego i wiem, że słowo to oznacza, cytuję: przymiotnik potoczny zepsuty, wykończony; ewentualnie w połączeniu z czasownikiem może brzmieć jako: ich bin kaputt, co oznacza jestem wykończony. Zaświadczam tu, na łamach tego bloga, że nowy album Destroyera nie jest w stanie zepsuć wam niczego, i nie prowadzi ku ogólnemu zmęczeniu organizmu. Zmęczenie materiału występuje, lecz najwcześniej dopiero po dziesiątym odsłuchu, co nie jest normą dla wszystkich. Zmęczony czuje się sam Bejar...

Rozłóżmy album na czynniki pierwsze. Destroyer chyba jeszcze nigdy nie był tak dostępny i przyjaźnie nastawiony do słuchacza jak na Kaputt. Pierwsze nuty rozpoczynające singlowe Chinatown zdradzają kierunek w jakim Kanadyjczyk postanowił się udać na swojej dziewiątej płycie. Będzie przede wszystkim soft-rockowo, gładko, new romantic, czysto, z domieszką pierwiastka smooth i jazzowego feelingu. Mamy "tandetne" dźwięki trąbki i saksofonu nagrane, ot tak, po prostu. Wokal Bejara też brzmi jakby od niechcenia, zrezygnowany ale ma swój urok i charyzmę, która jak magnes przyciąga uwagę słuchacza. Utwór tytułowy fascynuje (Sounds, Smash Hits, Melody Maker, NME, 
all sounds like a dream to me), bawiąc się charakterystycznymi dla The Cure gitarami i udając mini orkiestrę dętą, w której to trąbka ma problemy ze stawami a saksofon bolą mięśnie, koncertując na osiedlowych skwarach i w strażackich remizach. Suicide Demo for Kara Walker rozpoczyna ciepłe, syntezatorowe tło i ujmujący flet oraz gitara. Piosenka ta to współpraca Daniela ze znaną artystką Karą Walker. O samym powstawaniu tego utworu muzyk pisał tak (dla serwisu ArtInfo):
Some of the Kara Walker song I didn't actually write. She sent me cue cards with little text pieces in the spring of 2009, maybe even earlier. It's all become quite foggy as to what she did and what I did with it. I think, more than anything, it's an insight into the way an old-school Destroyer song comes about. Merge Records was doing a mammoth monster box set for their 20th anniversary. They asked for contributions from Merge artists and people not in the music world, and Kara was one of them. She was sent a giant crate of Merge catalogue to make a mixtape from, or maybe do something else. For some reason, the Destroyer stuff was what really spoke to her, and one of the ideas she had was that she would send me these text pieces and I would make a song out of them. I was pretty hesitant at first because I had never done anything like that before. I thought, "this is pretty cool writing," and I kind of just went from there.
Świetnie wypada także Savage Night at the Opera, gdzie szybki motoryczny bit, w połączeniu z lekko przesterowaną grą gitary przywołuje nowofalowe zapędy rockowych zespołów z lat 80. i ich synth-popowe wycieczki. Płytę wieńczy znany z EP-ki utwór Bay of Pigs, najspokojniejszy i wcale nie różniący się w dużym stopniu od swoich poprzedników na płycie. Wokalnie Bejara wspiera Sibel Trasher, której timbr głosu nadaje albumowi pewnego uzupełnienia i przeciwstawności do wokalu Daniela.

Destroyer fot. Ted Bois
Off Festival 2011 i okładka. Na tym pierwszym Kanadyjczyk wystąpi już w sierpniu, z czego bardzo się cieszymy, gdyż jego częstotliwość podróżowania do Europy, mieści się w przedziale: rzadko. Z tego drugiego, czyli okładki, Destroyer także powinien być dumny. Dla nas to jeden z piękniejszych artwork'ów tego roku. Zwykła czarno-biała fotografia, przedstawiająca samego Bejara trochę z boku, wyobcowanego - idealnie współgra to z zawartością płyty, a i wartość estetyczna - wysoka. 

Your Blues. Płyta klucz. Jeżeli do tej pory nie słuchałeś żadnego z jego długograjów, zacznij od Your Blues. Odważny, wizjonerski koncept muzyczny, gdzie w głównej roli obsadzono instrumentarium epoki MIDI - zachwyca od pierwszej sekundy i pozostawia usta szeroko otwarte tuż po zakończeniu odsłuchu. Ale.. Przepraszam za swoją niefrasobliwość - od tej płyty należałoby zacząć lecz nie przestawajcie na tym. Właściwie każde wydawnictwo Destroyera ma w sobie coś zachwycającego, czułego i ujmującego, więc kolejność tak naprawdę nie gra w jego przypadku większej roli. 

Eliminując luki w pamięci, przypomniałem sobie jeszcze o świetnym teledysku do utworu Kaputt. Też czołówka roku A.D. 2011. A panią w niebieskim proszę o telefon lub e-mail. 

Reasumując, nowy Destroyer posiada niszczycielską moc, której siłę będziemy w stanie poczuć i doświadczyć w sierpniu w Katowicach. Wierzę, że do tego czasu Kaputt nie zwolni miejsca w moim odtwarzaczu na rzecz innych artystów. Skok w bok i zmiana kierunku muzycznego Bejara pokazały jak wielki to artysta i jak niedoceniany. Tym razem jednak los uśmiechnął się do kudłatego Kanadyjczyka, co pozwoli mu wyjść z cienia i odebrać zasłużoną nagrodę. Uznanie i szacunek. Sława jako gratis. 

Ocena: +8/10

sobota, 26 marca 2011

DREKOTY - Trafostacja EP


Drekoty - Trafostacja EP
2011

Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc, bo gdyby nie chcąc to raczej by nic się nie pisało. A jak się pisze to najlepiej z chęci, a nie z przymusu. No i co, no i dobra, zacznijmy :)


Drzeć koty można naprawdę z wielu powodów, z błahych i tych naprawdę poważnych. Drzeć koty można również w sposób artystyczny, ale trzeba spełnić dwa warunki:
 - po pierwsze primo - należy uczęszczać do szanowanej uczelni.
 - po drugie primo - należy mieć żyłkę artystyczną (jak bohaterka naszej recenzji)

Wiem, wiem ciężkie kryteria, ale cóż, tylko wybrańcy mogą się dostosować. Drą koty i to zazwyczaj same koty; kto kota miał wie, że to zajadłe bestie i rany goją się okropnie kiepsko. Taki symbol zajadłości waśniowej, darcie kotów... A gdyby tak stanęli na przeciwko siebie i artystycznie podarli maskotki kotów, na zgodę? - nasza najwyższa władza podarła by całego "smyka" kotów i uścisnęliby sobie dłonie, dochodząc do porozumienia ws. reformy emerytalnej. A gdyby symboliczne koty rozdarli pomiędzy siebie Mr. Kaddafi z całą koalicją przeciwko niemu... I ropa by była, i pokój by był, i złotem by się podzielili i wszystko byłoby naprawdę ok. Z kotem pod pachą można podejść do sąsiada i przyznać: Sąsiedzie, nie powinienem brać Ci tych orzechów laskowych co z Twojego drzewa gałęzie wisiały nad moim podwórkiem, podrzemy kota na zgodę?. Można obrócić tę mądrość ludową w zupełnie odwrotnym kierunku i wcielić w życie. Pierwszy krok ku temu zrobiła Ola Rzepka nazywając swój projekt muzyczny - DREKOTY.


Z swojej strony powiem niewiele, acz treściwie... Darcie kotów czy terkoty trykotów? Drekoty to swoiste laboratorium muzyczne zaklęte w jednym zdaniu. To jest niczym wynalazek, rewolucjonizuje zupełnie muzykę alternatywną, wybija ją na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia. Wsłuchajcie się.. Mocniej!.. Czujecie? Słyszycie? Perkusja gra tu pierwsze skrzypce... Jestem fanem perkusji, ogromny podziw dla Ciebie i liczę na wiele udanych transakcji utworowych. I mam nadzieję, że w końcu uda Ci się udomowić muzykę alternatywną, aby była bliżej człowieka. Nie używam masła do pieczywa, ale słuchawki Masłem obsmarowałem. I tak Ola Rzepka podarła koty. Podrzyj kota na zgodę z muzyką alternatywną i Ty. (Nataniel)

Ola Rzepka, fot. W.Olszenka
Są momenty w życiu kiedy każdy pragnie zrobić coś wyłącznie dla siebie. Z takiego założenia wyszła również Ola Rzepka, znana szerszej publice jako perkusistka udzielająca się w licznych projektach m.in. Pogodno, Sprawcy Rzepaku czy The Complainer. Teraz jednak rozpoczyna solową przygodę w projekcie Drekoty, w którym łączy ekspresyjną grę na perkusji i krześle (sic!) z elektronicznymi brzmieniami. I należy od razu zaznaczyć, że symbioza ta tchnie świeżością i kreatywnością rzadko spotykaną w polskim światku muzycznym. Drekoty to także próba zmierzenia się z wyzwaniem czy muzyka alternatywna może być jednocześnie przystępna. Darcie kotów czy terkoty trykotów? Czteroutworowa EP-ka Trafostacja została wyprodukowana przez Wojtka Kucharczyka (The Complainer), a swoją premierę miała 11 marca - być może istnieje pewien niepisany związek z trzęsieniem ziemi i tsunami w Japonii, ale tym niech zajmują się "spece" od teorii spiskowych. My zajmijmy się esencją Trafostacji - przebojami.

Każdy z czterech utworów zaskakuje. Singlowe Masłem to przewrotna pieśń zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym (klawiszowy mostek od 2:53 - normalnie spadam, w sensie wybitnie pozytywnym). Spadam masłem w dół/ niezdolna jak woda z kranu. Poddania zachwyca bogatymi kolorami klawiszy, połamanymi rytmami i niemal wykrzyczanymi zwrotkami. Puste zdaje się pełne. Utwór tytułowy Trafostacja, to instrumentalny dziw stworzony za pomocą wszelkiej maści instrumentarium: klawiszy, krzesła, bębna i glockenspiela. Ostatnia piosenka - Oścież, kapitalnie przebojowa kompozycja, którą mamy nadzieję usłyszeć na debiutanckim długograju Oli.

Wokalne wsparcie zapewnia Marysia Dąbrowska. Obecnie grupa Drekoty przygotowuje debiutancki, pełnoprawny album oraz przymierza się do trasy koncertowej, w czasie trwania której skład zespołu zasili Magda Turłaj (czyt. Karotka).

Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte. Otwórzmy szeroko drzwi na oścież! Nie drzyjmy kotów, bo nie ma o co. Muzyka alternatywna rzadko kiedy jest tak przystępna. (Mariusz)

Ścieżki ku wtajemniczeniu:

http://www.drekoty.pl
http://drekoty.bandcamp.com/
http://www.facebook.com/drekoty


czwartek, 24 marca 2011

Dolphins Into The Future - Ke Ala Ke Kua


Dolphins Into The Future - Ke Ala Ke Kua
KRAAK Records
2010

Opuszczamy Polskę, przeskakujemy kontynenty i strefy czasowe, zapominamy o wiośnie. Lecimy na Kealakekua Bay, by w tym historycznym miejscu, pośród rozlicznych jaskiń, kokosowych palm, efektownych raf koralowych i egzotycznych zwierząt morskich zanurzyć się głęboko w gęstej atmosferze hawajskiego lata i wszechobecnych inspiracji. Towarzyszył nam będzie Lieven Martens znany szerzej jako Dolphins Into The Future, który wspomni o swojej dwumiesięcznej podróży w te rejony, którą odbył na początku 2010 roku. Kealakekua Bay wita!


1. Ke Ala Ke Kua

Kim jest Lieven Martens? Ten belgijski muzyk, jedna z najważniejszych postaci tamtejszej sceny awangardowej, od kilku już lat tworzy własne muzyczne światy. Po spędzeniu dwóch miesięcy w zatoce Kealakekua, badając zachowanie delfinów i humbaków, Martens postanowił wydać krótki, bo zaledwie trzyutworowy winyl, na którym zarejestrował wszystkie dźwięki otaczające go przez ten czas, uzupełniając je swoim charakterystycznym pismem - elektroniką spod znaku new age. Wystarczy posłuchać pierwszego, tytułowego utworu, gdzie dochodzi do pięknego kolażu saksofonu, syntezatorów i powklejanych tu i ówdzie taśm ubarwionych polinezyjskimi "okrzykami" i rytmami. Nad wszystkim unosi się szum morskich fal, śpiew ptaków. Może tak: jeżeli chcecie za darmo przetransportować się nad pogodny brzeg Kealakekua Bay, poleżeć sobie na hamaku rozciągniętym pomiędzy dwoma bananowcami, to nie ma innego sposobu jak tylko ta płytka winylowa.

2. Ho'okena'aha Halawai


Pozycja druga na trackliście, to już brzmienie typowe dla Dolphins Into The Future. Ambient z mocnym kopniakiem od sceny new age, coś pomiędzy twórczością Lopatina z Oneohtrix Point Never a wydaną w zeszłym roku kompilacją utworów Stellar Om Source. Created with the Dave Smith Evolver keyboard, and the angel vocals from the Casio CTK810. Moim zdaniem najłatwiej przyswajalna piosenka dla niewymagającego słuchacza (i nie chodzi tylko o długość tracka!).

Och, Kealakekua...

3. Ko'okika Moku'aina


Śpiew ptaków i bicie w bębny - być może właśnie o tym śnił Belg, gdy w końcu mógł się wyspać - ponad dwa tygodnie z ograniczoną ilością snu. Ambicja znaczy swój teren. Wszystkie dźwięki, także te w Ko'okika Moku'aina (fale rozbijają się o Twoje stopy, ptaki siadają Ci na ramionach, słomkowy kapelusz ochrania Twą głowę przed piekielnym Słońcem), składają się na wakacyjną pocztówkę, wysyłaną do znajomych, sprawiającą że choć raz mają nam czego zazdrościć.

Pozdrowienia z Kealakekua!

Witam wszystkich czytelników Sundown Syndrome. Nigdy nie byłem w Polsce, ale jestem pewien, że i u Was jest równie pięknie co tutaj. Może nie ma takich temperatur jak w zatoce, ale to wcale nie oznacza braku gorącej atmosfery międzyludzkiej. Cieszę się z zainteresowania jakie wywołała moja płyta i życzę Wam krystalicznie czystej i błękitnej pogody ducha. Pozwoli Wam ona przetrwać okres oczekiwania lata. Gdyby jednak nie zamierzało ono nadejść w ustanowionym terminie (tj. 21 czerwca dla półkuli północnej) pamiętajcie o moich nagraniach - w nich lato nie jest ograniczone żadnymi ramami. 

Cześć!
D.I.T.F

Czytelnicy - odpuśćmy sobie Polską Wiosnę. Posiada ona swoje uroki i atuty, ale najpiękniej jest w Kealakekua. Najtańszy kredyt hipoteczny jest w PKO, więc zakupmy tam ziemię i postawmy domy. Raj na Ziemi jednak istnieje.

Ocena: +7/10

środa, 23 marca 2011

The Strokes - Angles


The Strokes - Angles
2011

Zbawiciele rocka. Komitet Przewodniczący Nowej Rockowej Rewolucji. Minęła dekada a liczbę ich zagorzałych wyznawców można policzyć na palcach jednej ręki. 


Mnie również się to przydarzyło. Dziesięć lat temu, gdy usłyszałem Is This It, byłem pewien że to jest to! Te odczucia scementowała również Room on Fire, choć daleko jej było do geniuszu debiutu. Trzeci krążek postawił człowieka w niepewności: czy to już koniec The Strokes? Umówmy się, First Impressions of Earth nie był nawet dziełem na piczforkową "6". Od Zbawicieli oczekuje się czegoś najlepszego, jedynego w swoim rodzaju by móc zadowolić swoich wyznawców. A tu co? Ja zmieniam wiarę! Nie są w stanie przekonać mnie świdrujące riffy i mini-solówki Valensiego czy jęczenie Casablancasa. Tego ostatniego jest tu najwięcej, także w sferze muzycznej (chociażby w utworze Games gdzie łatwo można dosłyszeć brzmienia z solowego krążka wokalisty Phrazes for the Young), ale to nie jest największy zarzut. To co najbardziej drażni słuchacza, a po dwóch przesłuchaniach staje się nie do zniesienia, to fakt, że Angles nie ma w sobie żadnej iskry przebojowości. Gdzie się podziały te wszystkie melodie, wpadające w ucho od pierwszego przesłuchania? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Nawet zagorzała fanka tego zespołu, ślepo w nich zakochana, trójkowa Anna Gacek musiała powstać z kolan. No nie ma rady...

Teraz krótka kalkulacja:

"+" z łaski daję im go za Machu Picchu i singlowe Under Cover of Darkness (kolejny raz zdarza się, że początek płyty okazuje się jedyną wartą słuchania częścią ich płyt)
"-" cała reszta, a w szczególności okładka

Nie mam ochoty pisać i zgłębiać się w tym temacie. Idę posłuchać sobie Is This It i waląc głową o ścianę zadam sobie pytanie: czy tak miało być?

Ocena: 2/10